Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2010

Dystans całkowity:178.55 km (w terenie 40.00 km; 22.40%)
Czas w ruchu:08:16
Średnia prędkość:21.60 km/h
Maksymalna prędkość:88.08 km/h
Suma podjazdów:10800 m
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:59.52 km i 2h 45m
Więcej statystyk

Safety Standard- kura pod kołami.

Czwartek, 26 sierpnia 2010 · Komentarze(8)
LINK do zdjęć z trasy: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Abowa#

Specjalnie dla Sowy starałem się żeby było miło, żeby było bezpiecznie.
Skutek dosyć opłakany, ale w sumie to tylko kwestia uznania :)

Zebrawszy Karola i Kuźmę rozpoczęliśmy starą zabawę pt. "raz decydujesz ty raz decyduje ja- zobaczmy gdzie dojedziemy". W efekcie opłakanej decyzji Kuźmy trafiliśmy na szaleńczy podjazd wzdłuż Sądeckiego żółtego szlaku. Już na początku było śmiesznie niebezpiecznie. Przemek znalazł zjazd na uroczą polanę- idealne miejsce do odpoczynku. Podniecony ruszył na przedzie. Szkoda, że nie widzieliście jego zdziwienia kiedy chcąc się zatrzymać zauważył, że jedno z ramiączek od plecaka przywiązało mu się do roweru. Zrozpaczony próbował zeskoczyć z pojazdu.
Skutek mógł być tylko jeden: Kuźma na glebie a rower na nim :)

Nie ma jak dobry początek! Tak jak sobie obiecaliśmy nawigowaliśmy bez mapy.
Na kolejne efekty nie musieliśmy długo czekać:

Po pechowej decyzji Karola znaleźliśmy się na jakimś zadupiu z rozwścieczonymi spuszczonymi ze smyczy psami. Grrr. Czując naszą przewagę wynikającą z prędkości drwiliśmy z naszych oponentów pozwalając im się wybiegać biegnąc tuż za nami.

I tutaj niezależny obserwator uśmiałby się po pachy gdyby zobaczył naszą minę na widok ślepej uliczki:D Tak ślepej uliczki!
Próbowaliśmy odstraszyć psy: bezskutecznie. Musieliśmy przystąpić do walki.
Na samym końcu drogi ustawiliśmy ostatni punkt oporu. Przeciwnik oskrzydlał nas z okolicznego lasu.
Nasza jedyna broń na psy umożliwiająca zabranie nas jak najdalej od nich czyli rower służyła teraz za osłonę frontu północnego. Sytuacja wobec postępującego oskrzydlenia wydawała się beznadziejna.

Jednak w tej chwili z pomocą przyszła właśnie ona. Tak to była ona:
Superbabcia! Na jej jedną komendę przeciwnik zabrał się do odwrotu.
W samą porę. Lżejsi o pozostawiony stres ruszyliśmy dalej.

W zasadach naszej gry zawracania jest zabronione. Także z ciężkim sercem wjechaliśmy do jedynej drogi czyli do lasu. Nadszedł zjazd. Przypominał mi nieco ten z Krynicy tylko, że w wersji bez błota. Oczywiście byłem na pół-szosówkach.
Z uśmiechem na twarzy wspomniałem te istną walkę o życie z przed tyg. i tym razem odpiąłem bloki z butów SPD od pedałów. Zjazd cholernie wyboisty.
Tricepsy latały na kamieniach jak galaretka.
Przede mną ukazał się porządny kawałek obłoconego odcinka:

Oszczędzę wam opowieści, że tracąc panowanie nad kierownicą zauważyłem, że bloki wpięły się jednak do pedałów. Never mind. W każdym razie jestem cały...

Po drodze mniejsza wywrotkę zaliczył też Karol.
<b>Pozwólcie, że przejdę jednak do akcji dnia:</b>

Zjeżdżając już asfaltem niemal u podnóża góry zauważyłem gromadkę kur pasących się na drodze. Kto mnie zna wie, że zazwyczaj podjeżdżam jak najbliżej nich po czym odstraszam je gwałtownym hamowaniem. Tymczasem nie zdążyłem podjechać jak kury wpadły w popłoch. Warto dodać, że jechałem z 40km/h.
Nagle ku mojemu zdziwieniu jedna z nich zapiała: "jestem hardcorem" i wpadła mi pod koła.

W narratora zamienia się teraz Sekuła który widział wszystko z tyłu:

"Wszystkie uciekły na lewe pobocze jednak ta Kura-hardkor uciekła na prawo i wpadła centralnie pod przednie koło po czym pod tylne z którego wystrzeliła jak z procy robiąc kilka salt w powietrzu. Pióra leciały jak konfetti na ceremonii wręczania nagród MS 2010.

Wracamy do mnie: Obróciłem się do tyłu. Kura po wylądowaniu wpadła w konwulsje.
Myślałem, że zaraz stamtąd odleci. Kręciła się przez 5 sek w kółko jak szalona po czym padła niczym martwa na asfalt. Pierwszy raz coś takiego widziałem.

Popatrzyliśmy na siebie po czym wybuchnęliśmy gromkim śmiechem buahahaha :D
Zrobiło mi się jednak jej żal. Zasługiwała na godny pogrzeb.
Chciałem usunąć kurę na pobocze, ale, że nie chciałem brudzić rąk wykonałem delikatnego kopniaka po którym kura cudownie ożyła. Co za symulant!
A ja się o nią martwiłem.

Po tym incydencie zakończyliśmy naszą zabawę. Wyjechawszy w Łabowej zawróciliśmy do Sącza.
Oczywiście nie mogliśmy wrócić na spokojnie nie robiąc niczego szalonego.

Na wysokości Maciejowej postanowiliśmy wskoczyć do lokalnej rzeki. Kiedy jednak wszedłem po kostki od razu zrezygnowałem. Looooodowato.
Chciałem sobie usiąść przy okolicznej kaskadzie. Niestety było tam strasznie ślisko. Wybuchłem śmiechem kiedy zobaczyłem Kuźmę walczącego z równowagą. Niestety zaraz potem spotkał mnie ten sam problem. Wreszcie oboje polegliśmy: Wpadliśmy!

Zabrał nas rwący nurt uskoku. Kuźma złapał się jakiejś skały. Po czym chwycił mnie końcówkami palców ratując przed dalszym wędrowaniem z prądem. Na lądzie obejrzeliśmy starty. Skończyło się na rozdartym łokciu, udzie, łydce i delikatnej dziurce w pięcie od jakiegoś cholernego szkła.

Nieco się wysuszywszy wróciliśmy bezpiecznie do domu kończąc as the standard with safety:)

Out of control, out of power!

Sobota, 14 sierpnia 2010 · Komentarze(4)
14 sierpnia o godzinie 11:00 z Krynicy ruszył 8 etap maratonu rowerowego z cyklu powerade mtb. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Posłuchajcie:


W nocy z 13 na 14 sierpnia spałem ledwie 3 godziny.
Wiedziałem, że w takim stanie o jakiejś ambitniejszej rywalizacji nie ma mowy.
Darek nie chciał jednak słyszeć o tym, że nie jadę.
Punktualnie o godz. 9 zjawił się pod domem. Zawiedziony ruszyłem z nim w drogę.

Starałem się na każdym kroku spowalniać naszą jazdę.
Dotarliśmy spóźnieni o 15 min. Wszyscy już wystartowali.
My (tzn.tego dnia Darek:D) jednak nigdy się nie poddajemy. Ruszyliśmy w pogoń.
Na starcie postanowiliśmy podjąć ryzyko i nie tracić czasu na zmianę opon z szosowych na terenowe. I na początku się opłaciło.
Doganialiśmy pierwszych zawodników.
Wszystkich na terenowych oponach z olbrzymim bieżnikiem...

Po kilku kilometrach zrozumieliśmy swoją głupotę. Dotarliśmy do lasu.
Przed nami pojawił się niesamowicie stromy zjazd ze ścianą błota.
Na zawodach nie masz czasu na chwilę zastanowienia.

Albo prowadzisz tracąc dużo czasu.
Albo zjeżdżasz sporo ryzkując.

Wybrałem tę drugą opcję. Cóż za głupota. Hamulce okazały się bezużyteczne.
Straciłem kontrolę nad rowerem. Mogłem tylko kurczowo trzymać kierownicę . Szczęśliwie pozostawałem na trasie mijając następne drzewa. Rower nabierał prędkości.
Puściłem hamulce i zdecydowałem się zeskoczyć z roweru. Bezskutecznie:
Moje wpinane bloki z butów SPD całkowicie zablokowały się w obłoconych pedałach.

Stałem się więźniem własnego roweru.
Docierałem z zawrotną prędkością do podnóża góry. Odrobina wiary wypełniła moje serce:
"może nie natrafię na żaden zakręt "- pomyślałem

Jednak w sekundzie resztki nadziei zmiotła wielka kosmata panika. Przez zmrużone od bryzgającego błota oczy ujrzałem zakręt. Rzucił mi wyzwanie: Bardzo niesprawiedliwe wyzwanie.

Byłem bez szans na wymanewrowanie. Chwyciłem tylko jeszcze mocniej kierownicę.
Przestrzeliłem zakręt...
I tutaj szczęście w nieszczęściu: Między gęsto rosnącymi drzewami rósł dłuuugi pas wysokich krzaków, krzaczków i innej zieleni. Wpadłem w ten gąszcz na pełnej prędkości, górka na szczęście już się skończyła. Karczowałem następne centymetry hamując z co raz większym powodzeniem.
Wreszcie wyhamowałem.

Cisza.

"Kamień z serca". Nabuzowany adrenaliną wróciłem na trasę spotykając Darka

Zdecydowaliśmy, że taka jazda nie ma sensu. Podpedałowaliśmy trochę do góry i dotarliśmy do rozjazdu. Kamienista ubita droga wydała nam się zdecydowanie lepszą alternatywą niż wytyczona specjalnie dla maratonu górka pokryta znanym już nam błotem.

I tak już spokojnie przemierzaliśmy kolejne kilometry po bezpiecznej trasie kiedy złączyliśmy się nagle z trasą maratonu. Ponieważ prowadziła już po kostce brukowej zdecydowaliśmy się zjechać nią do miasta. Tymczasem spekerzy krzyczą nam, że mamy 10 minut straty do 1 miejsca.
Wyjechaliśmy odpowiednio na 2 i 3 :D

Dojeżdżając do deptaku na którym mieściła się meta przywitały nas gromkie brawa publiczności zachęcającej do walki.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Darkiem. Kurde:D Trzeba się z tego jakoś wymigać, przecież jedziemy na czarno bez zapisania. Pomiędzy banderami 300m przed metą znalazłem małą lukę. Nie zastanawiając się, wjechałem w nią. Nabuzowana widownia napominała nas, że pomyliliśmy trasę.
Chcąc jak najszybciej od nich uciec postanowiłem zjechać ze znajdujących się obok schodów.
Nie przewidziałem jednak, że będą tak strome. Przeleciałem nad nimi lądując na przednim kole.

Publiczność wstrzymała oddech. Razem ze mną.
Na szczęście wyprowadziłem rower do poziomu.

"Dlaczego musimy być zawsze w centrum uwagi?"- pomyślałem. Nie widząc innej drogi musieliśmy skierować się do campusów dla zawodników za metą.
Czasem trzeba przybrać kawał drania jeśli chce się uniknąć konsekwencji. Założyłem więc koszulkę z Tour de Pologne i udawałem zawodnika. Podleciały do nas dwie reporterki, którym udzieliliśmy wywiadu. Zaskoczonym fankom tłumaczyliśmy, że wynik nas nie satysfakcjonował więc zeszliśmy z trasy. Zaraz potem podeszliśmy do stanowiska regenerującego z poweredami. Wypiliśmy chyba najwięcej prosząc jeszcze o dolewkę do bidonu. Następnie udaliśmy się do myjni z kercherami. Pucując rowery poznaliśmy kilku zawodników zazdroszczącym nam niebywałej kondycji :D

Jadąc już w stronę centrum napotkaliśmy przed sobą mistrzynie polski, a zarazem srebrną medalistkę mistrzostw świata w kolarstwie górskim Anie Szafraniec.
Bardzo miła dziewczyna. Wyprzedziłem ją pytając się czy mogę powiedzieć znajomym, że ją wziąłem na prostej. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
W Centrum zaskoczony napotkałem prześladującą mnie tego dnia Kamile Kornaś we własnej osobie wraz z dwiema koleżankami.

"this is Wojtek" - powiedziała do nich po kilku sek. zastanowienia. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Kornaś kaleczyła z dwoma Kanadyjkami, które przyjechały do niej na wymianę:D
Pożegnaliśmy się, napiliśmy się jeszcze trochę powerada i sruu do Sącza.

Jakaś moc wstąpiła w moje uśpione mięśnie. Forsowaliśmy zabójcze tempo rzadko schodząc poniżej 40 km/h. Opony typu slick robią swoje na asfalcie. Pobiłem rekord prędkości:
Rozpędzając się z Krzyżówki osiągnąłem 88,08 km/h ! Ładny wynik.
Nim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Nowego Sącza. Zatrzymałem stoper i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dojechaliśmy w 41 minut ! Zapytajcie taty, ile jedzie samochodem.

W rynku spotkałem Kaśkę, Wiktora, Czaję, Anetę i wielu innych bawiących się na koncercie.
Oczywiście pojawiła się Kornaś z Kanadyjkami. Wziąłem jej kartkę ze słówkami i nawiązałem dialog na poziomie.
Na pewno mnie polubiły :D

O 22:00 dotarłem wygłodniały do domu. Ufff out of power!

Rdziostów i Dąbrowa czyli dwie pieczeni na jednym ogniu.

Niedziela, 8 sierpnia 2010 · Komentarze(12)
Kategoria szlif/miasto
Ostatnimi czasy borykałem się z frustrującymi problemami technicznymi.
Już niedługo dojdzie nowa przerzutka i ruszam pełną parą !

Tymczasem w czasie dzisiejszej przejażdżki zapoznawczej natknąłem się niespodzianie na pewne dwie urocze dziewczyny leżące przy szosie.
Szybko rozpoznałem znajome twarze Kamili i Miśki. Pani Kornaś leżała w bezruchu.
Miśka szybko wytłumaczyła mi, że jej towarzyszka udaje zwłoki.
Dobrze wiedzieć! :D Oczywiście Kornaś długo nie wytrzymała i wybuchła swoim charakterystycznym śmiechem.
Coś w tym stylu:
Wiem, że mnie lubisz <3
Miśka zaproponowała, żeby odprowadzić ją do domu trasą wiodącą wzdłuż rejonów w których się wychowałem. Szybko się zgodziłem. Wróciły stare wspomnienia.
W czasie przechadzki przyznałem się tworzącym balony z gum do żucia dziewczynom iż do dziś nikt mnie nie nauczył jak to się robi. Nauczycielki wzięły się do roboty i już po 5 min. tworzyłem równie wielkie cuda. Rozochocony zaproponowałem nawet Kamili kto zrobi większą. Po zaciekłej walce z emocjonującymi dogrywkami uległem zdaniem sprawiedliwej sędzinie Miśki 3 do 0 :(

Żeby przyspieszyć naszą wędrówkę zaproponowałem Miśce przejażdżkę na ramie.
Dzielna dziewczyna wytrzymała kontakt z aluminiowym Cubą.
Po mniejszych perypetiach dotarliśmy wreszcie do Rdst.
Tym samym moja dawna obietnica została spełniona.

Po obaczeniu domu Miśki z jej specjalnie wysprzątanym pokojem włącznie ruszyliśmy z Kornaś w drogę powrotną.
Kamila imponowała szczytową formą na podjazdach także całkiem szybko dotarliśmy do Tęgoborzy ; >

Po odpoczynku z uroczym widokiem na jezioro ruszyliśmy i dotarliśmy do Dąbrowej.
Tym samym kolejna obietnica spełniona. Druga pieczeń upieczona.
Napojony i wypoczęty ruszyłem do domu z ambitnymi planami na czwartek.

Zapadł zmrok a z tyłu padła mi lampka.
Ratowałem się przednią, świecąc na przemian to z przodu to z tyłu.
Dzień dobiegł końca:)