Safety Standard- kura pod kołami.
Czwartek, 26 sierpnia 2010
· Komentarze(8)
Kategoria wycieczka 50-100
LINK do zdjęć z trasy: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Abowa#
Specjalnie dla Sowy starałem się żeby było miło, żeby było bezpiecznie.
Skutek dosyć opłakany, ale w sumie to tylko kwestia uznania :)
Zebrawszy Karola i Kuźmę rozpoczęliśmy starą zabawę pt. "raz decydujesz ty raz decyduje ja- zobaczmy gdzie dojedziemy". W efekcie opłakanej decyzji Kuźmy trafiliśmy na szaleńczy podjazd wzdłuż Sądeckiego żółtego szlaku. Już na początku było śmiesznie niebezpiecznie. Przemek znalazł zjazd na uroczą polanę- idealne miejsce do odpoczynku. Podniecony ruszył na przedzie. Szkoda, że nie widzieliście jego zdziwienia kiedy chcąc się zatrzymać zauważył, że jedno z ramiączek od plecaka przywiązało mu się do roweru. Zrozpaczony próbował zeskoczyć z pojazdu.
Skutek mógł być tylko jeden: Kuźma na glebie a rower na nim :)
Nie ma jak dobry początek! Tak jak sobie obiecaliśmy nawigowaliśmy bez mapy.
Na kolejne efekty nie musieliśmy długo czekać:
Po pechowej decyzji Karola znaleźliśmy się na jakimś zadupiu z rozwścieczonymi spuszczonymi ze smyczy psami. Grrr. Czując naszą przewagę wynikającą z prędkości drwiliśmy z naszych oponentów pozwalając im się wybiegać biegnąc tuż za nami.
I tutaj niezależny obserwator uśmiałby się po pachy gdyby zobaczył naszą minę na widok ślepej uliczki:D Tak ślepej uliczki!
Próbowaliśmy odstraszyć psy: bezskutecznie. Musieliśmy przystąpić do walki.
Na samym końcu drogi ustawiliśmy ostatni punkt oporu. Przeciwnik oskrzydlał nas z okolicznego lasu.
Nasza jedyna broń na psy umożliwiająca zabranie nas jak najdalej od nich czyli rower służyła teraz za osłonę frontu północnego. Sytuacja wobec postępującego oskrzydlenia wydawała się beznadziejna.
Jednak w tej chwili z pomocą przyszła właśnie ona. Tak to była ona:
Superbabcia! Na jej jedną komendę przeciwnik zabrał się do odwrotu.
W samą porę. Lżejsi o pozostawiony stres ruszyliśmy dalej.
W zasadach naszej gry zawracania jest zabronione. Także z ciężkim sercem wjechaliśmy do jedynej drogi czyli do lasu. Nadszedł zjazd. Przypominał mi nieco ten z Krynicy tylko, że w wersji bez błota. Oczywiście byłem na pół-szosówkach.
Z uśmiechem na twarzy wspomniałem te istną walkę o życie z przed tyg. i tym razem odpiąłem bloki z butów SPD od pedałów. Zjazd cholernie wyboisty.
Tricepsy latały na kamieniach jak galaretka.
Przede mną ukazał się porządny kawałek obłoconego odcinka:
Oszczędzę wam opowieści, że tracąc panowanie nad kierownicą zauważyłem, że bloki wpięły się jednak do pedałów. Never mind. W każdym razie jestem cały...
Po drodze mniejsza wywrotkę zaliczył też Karol.
<b>Pozwólcie, że przejdę jednak do akcji dnia:</b>
Zjeżdżając już asfaltem niemal u podnóża góry zauważyłem gromadkę kur pasących się na drodze. Kto mnie zna wie, że zazwyczaj podjeżdżam jak najbliżej nich po czym odstraszam je gwałtownym hamowaniem. Tymczasem nie zdążyłem podjechać jak kury wpadły w popłoch. Warto dodać, że jechałem z 40km/h.
Nagle ku mojemu zdziwieniu jedna z nich zapiała: "jestem hardcorem" i wpadła mi pod koła.
W narratora zamienia się teraz Sekuła który widział wszystko z tyłu:
"Wszystkie uciekły na lewe pobocze jednak ta Kura-hardkor uciekła na prawo i wpadła centralnie pod przednie koło po czym pod tylne z którego wystrzeliła jak z procy robiąc kilka salt w powietrzu. Pióra leciały jak konfetti na ceremonii wręczania nagród MS 2010.
Wracamy do mnie: Obróciłem się do tyłu. Kura po wylądowaniu wpadła w konwulsje.
Myślałem, że zaraz stamtąd odleci. Kręciła się przez 5 sek w kółko jak szalona po czym padła niczym martwa na asfalt. Pierwszy raz coś takiego widziałem.
Popatrzyliśmy na siebie po czym wybuchnęliśmy gromkim śmiechem buahahaha :D
Zrobiło mi się jednak jej żal. Zasługiwała na godny pogrzeb.
Chciałem usunąć kurę na pobocze, ale, że nie chciałem brudzić rąk wykonałem delikatnego kopniaka po którym kura cudownie ożyła. Co za symulant!
A ja się o nią martwiłem.
Po tym incydencie zakończyliśmy naszą zabawę. Wyjechawszy w Łabowej zawróciliśmy do Sącza.
Oczywiście nie mogliśmy wrócić na spokojnie nie robiąc niczego szalonego.
Na wysokości Maciejowej postanowiliśmy wskoczyć do lokalnej rzeki. Kiedy jednak wszedłem po kostki od razu zrezygnowałem. Looooodowato.
Chciałem sobie usiąść przy okolicznej kaskadzie. Niestety było tam strasznie ślisko. Wybuchłem śmiechem kiedy zobaczyłem Kuźmę walczącego z równowagą. Niestety zaraz potem spotkał mnie ten sam problem. Wreszcie oboje polegliśmy: Wpadliśmy!
Zabrał nas rwący nurt uskoku. Kuźma złapał się jakiejś skały. Po czym chwycił mnie końcówkami palców ratując przed dalszym wędrowaniem z prądem. Na lądzie obejrzeliśmy starty. Skończyło się na rozdartym łokciu, udzie, łydce i delikatnej dziurce w pięcie od jakiegoś cholernego szkła.
Nieco się wysuszywszy wróciliśmy bezpiecznie do domu kończąc as the standard with safety:)
Specjalnie dla Sowy starałem się żeby było miło, żeby było bezpiecznie.
Skutek dosyć opłakany, ale w sumie to tylko kwestia uznania :)
Zebrawszy Karola i Kuźmę rozpoczęliśmy starą zabawę pt. "raz decydujesz ty raz decyduje ja- zobaczmy gdzie dojedziemy". W efekcie opłakanej decyzji Kuźmy trafiliśmy na szaleńczy podjazd wzdłuż Sądeckiego żółtego szlaku. Już na początku było śmiesznie niebezpiecznie. Przemek znalazł zjazd na uroczą polanę- idealne miejsce do odpoczynku. Podniecony ruszył na przedzie. Szkoda, że nie widzieliście jego zdziwienia kiedy chcąc się zatrzymać zauważył, że jedno z ramiączek od plecaka przywiązało mu się do roweru. Zrozpaczony próbował zeskoczyć z pojazdu.
Skutek mógł być tylko jeden: Kuźma na glebie a rower na nim :)
Nie ma jak dobry początek! Tak jak sobie obiecaliśmy nawigowaliśmy bez mapy.
Na kolejne efekty nie musieliśmy długo czekać:
Po pechowej decyzji Karola znaleźliśmy się na jakimś zadupiu z rozwścieczonymi spuszczonymi ze smyczy psami. Grrr. Czując naszą przewagę wynikającą z prędkości drwiliśmy z naszych oponentów pozwalając im się wybiegać biegnąc tuż za nami.
I tutaj niezależny obserwator uśmiałby się po pachy gdyby zobaczył naszą minę na widok ślepej uliczki:D Tak ślepej uliczki!
Próbowaliśmy odstraszyć psy: bezskutecznie. Musieliśmy przystąpić do walki.
Na samym końcu drogi ustawiliśmy ostatni punkt oporu. Przeciwnik oskrzydlał nas z okolicznego lasu.
Nasza jedyna broń na psy umożliwiająca zabranie nas jak najdalej od nich czyli rower służyła teraz za osłonę frontu północnego. Sytuacja wobec postępującego oskrzydlenia wydawała się beznadziejna.
Jednak w tej chwili z pomocą przyszła właśnie ona. Tak to była ona:
Superbabcia! Na jej jedną komendę przeciwnik zabrał się do odwrotu.
W samą porę. Lżejsi o pozostawiony stres ruszyliśmy dalej.
W zasadach naszej gry zawracania jest zabronione. Także z ciężkim sercem wjechaliśmy do jedynej drogi czyli do lasu. Nadszedł zjazd. Przypominał mi nieco ten z Krynicy tylko, że w wersji bez błota. Oczywiście byłem na pół-szosówkach.
Z uśmiechem na twarzy wspomniałem te istną walkę o życie z przed tyg. i tym razem odpiąłem bloki z butów SPD od pedałów. Zjazd cholernie wyboisty.
Tricepsy latały na kamieniach jak galaretka.
Przede mną ukazał się porządny kawałek obłoconego odcinka:
Oszczędzę wam opowieści, że tracąc panowanie nad kierownicą zauważyłem, że bloki wpięły się jednak do pedałów. Never mind. W każdym razie jestem cały...
Po drodze mniejsza wywrotkę zaliczył też Karol.
<b>Pozwólcie, że przejdę jednak do akcji dnia:</b>
Zjeżdżając już asfaltem niemal u podnóża góry zauważyłem gromadkę kur pasących się na drodze. Kto mnie zna wie, że zazwyczaj podjeżdżam jak najbliżej nich po czym odstraszam je gwałtownym hamowaniem. Tymczasem nie zdążyłem podjechać jak kury wpadły w popłoch. Warto dodać, że jechałem z 40km/h.
Nagle ku mojemu zdziwieniu jedna z nich zapiała: "jestem hardcorem" i wpadła mi pod koła.
W narratora zamienia się teraz Sekuła który widział wszystko z tyłu:
"Wszystkie uciekły na lewe pobocze jednak ta Kura-hardkor uciekła na prawo i wpadła centralnie pod przednie koło po czym pod tylne z którego wystrzeliła jak z procy robiąc kilka salt w powietrzu. Pióra leciały jak konfetti na ceremonii wręczania nagród MS 2010.
Wracamy do mnie: Obróciłem się do tyłu. Kura po wylądowaniu wpadła w konwulsje.
Myślałem, że zaraz stamtąd odleci. Kręciła się przez 5 sek w kółko jak szalona po czym padła niczym martwa na asfalt. Pierwszy raz coś takiego widziałem.
Popatrzyliśmy na siebie po czym wybuchnęliśmy gromkim śmiechem buahahaha :D
Zrobiło mi się jednak jej żal. Zasługiwała na godny pogrzeb.
Chciałem usunąć kurę na pobocze, ale, że nie chciałem brudzić rąk wykonałem delikatnego kopniaka po którym kura cudownie ożyła. Co za symulant!
A ja się o nią martwiłem.
Po tym incydencie zakończyliśmy naszą zabawę. Wyjechawszy w Łabowej zawróciliśmy do Sącza.
Oczywiście nie mogliśmy wrócić na spokojnie nie robiąc niczego szalonego.
Na wysokości Maciejowej postanowiliśmy wskoczyć do lokalnej rzeki. Kiedy jednak wszedłem po kostki od razu zrezygnowałem. Looooodowato.
Chciałem sobie usiąść przy okolicznej kaskadzie. Niestety było tam strasznie ślisko. Wybuchłem śmiechem kiedy zobaczyłem Kuźmę walczącego z równowagą. Niestety zaraz potem spotkał mnie ten sam problem. Wreszcie oboje polegliśmy: Wpadliśmy!
Zabrał nas rwący nurt uskoku. Kuźma złapał się jakiejś skały. Po czym chwycił mnie końcówkami palców ratując przed dalszym wędrowaniem z prądem. Na lądzie obejrzeliśmy starty. Skończyło się na rozdartym łokciu, udzie, łydce i delikatnej dziurce w pięcie od jakiegoś cholernego szkła.
Nieco się wysuszywszy wróciliśmy bezpiecznie do domu kończąc as the standard with safety:)

