Wpisy archiwalne w kategorii

wyprawa 100-200km

Dystans całkowity:612.67 km (w terenie 25.00 km; 4.08%)
Czas w ruchu:26:58
Średnia prędkość:22.72 km/h
Maksymalna prędkość:88.08 km/h
Suma podjazdów:121535 m
Liczba aktywności:4
Średnio na aktywność:153.17 km i 6h 44m
Więcej statystyk

Out of control, out of power!

Sobota, 14 sierpnia 2010 · Komentarze(4)
14 sierpnia o godzinie 11:00 z Krynicy ruszył 8 etap maratonu rowerowego z cyklu powerade mtb. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Posłuchajcie:


W nocy z 13 na 14 sierpnia spałem ledwie 3 godziny.
Wiedziałem, że w takim stanie o jakiejś ambitniejszej rywalizacji nie ma mowy.
Darek nie chciał jednak słyszeć o tym, że nie jadę.
Punktualnie o godz. 9 zjawił się pod domem. Zawiedziony ruszyłem z nim w drogę.

Starałem się na każdym kroku spowalniać naszą jazdę.
Dotarliśmy spóźnieni o 15 min. Wszyscy już wystartowali.
My (tzn.tego dnia Darek:D) jednak nigdy się nie poddajemy. Ruszyliśmy w pogoń.
Na starcie postanowiliśmy podjąć ryzyko i nie tracić czasu na zmianę opon z szosowych na terenowe. I na początku się opłaciło.
Doganialiśmy pierwszych zawodników.
Wszystkich na terenowych oponach z olbrzymim bieżnikiem...

Po kilku kilometrach zrozumieliśmy swoją głupotę. Dotarliśmy do lasu.
Przed nami pojawił się niesamowicie stromy zjazd ze ścianą błota.
Na zawodach nie masz czasu na chwilę zastanowienia.

Albo prowadzisz tracąc dużo czasu.
Albo zjeżdżasz sporo ryzkując.

Wybrałem tę drugą opcję. Cóż za głupota. Hamulce okazały się bezużyteczne.
Straciłem kontrolę nad rowerem. Mogłem tylko kurczowo trzymać kierownicę . Szczęśliwie pozostawałem na trasie mijając następne drzewa. Rower nabierał prędkości.
Puściłem hamulce i zdecydowałem się zeskoczyć z roweru. Bezskutecznie:
Moje wpinane bloki z butów SPD całkowicie zablokowały się w obłoconych pedałach.

Stałem się więźniem własnego roweru.
Docierałem z zawrotną prędkością do podnóża góry. Odrobina wiary wypełniła moje serce:
"może nie natrafię na żaden zakręt "- pomyślałem

Jednak w sekundzie resztki nadziei zmiotła wielka kosmata panika. Przez zmrużone od bryzgającego błota oczy ujrzałem zakręt. Rzucił mi wyzwanie: Bardzo niesprawiedliwe wyzwanie.

Byłem bez szans na wymanewrowanie. Chwyciłem tylko jeszcze mocniej kierownicę.
Przestrzeliłem zakręt...
I tutaj szczęście w nieszczęściu: Między gęsto rosnącymi drzewami rósł dłuuugi pas wysokich krzaków, krzaczków i innej zieleni. Wpadłem w ten gąszcz na pełnej prędkości, górka na szczęście już się skończyła. Karczowałem następne centymetry hamując z co raz większym powodzeniem.
Wreszcie wyhamowałem.

Cisza.

"Kamień z serca". Nabuzowany adrenaliną wróciłem na trasę spotykając Darka

Zdecydowaliśmy, że taka jazda nie ma sensu. Podpedałowaliśmy trochę do góry i dotarliśmy do rozjazdu. Kamienista ubita droga wydała nam się zdecydowanie lepszą alternatywą niż wytyczona specjalnie dla maratonu górka pokryta znanym już nam błotem.

I tak już spokojnie przemierzaliśmy kolejne kilometry po bezpiecznej trasie kiedy złączyliśmy się nagle z trasą maratonu. Ponieważ prowadziła już po kostce brukowej zdecydowaliśmy się zjechać nią do miasta. Tymczasem spekerzy krzyczą nam, że mamy 10 minut straty do 1 miejsca.
Wyjechaliśmy odpowiednio na 2 i 3 :D

Dojeżdżając do deptaku na którym mieściła się meta przywitały nas gromkie brawa publiczności zachęcającej do walki.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Darkiem. Kurde:D Trzeba się z tego jakoś wymigać, przecież jedziemy na czarno bez zapisania. Pomiędzy banderami 300m przed metą znalazłem małą lukę. Nie zastanawiając się, wjechałem w nią. Nabuzowana widownia napominała nas, że pomyliliśmy trasę.
Chcąc jak najszybciej od nich uciec postanowiłem zjechać ze znajdujących się obok schodów.
Nie przewidziałem jednak, że będą tak strome. Przeleciałem nad nimi lądując na przednim kole.

Publiczność wstrzymała oddech. Razem ze mną.
Na szczęście wyprowadziłem rower do poziomu.

"Dlaczego musimy być zawsze w centrum uwagi?"- pomyślałem. Nie widząc innej drogi musieliśmy skierować się do campusów dla zawodników za metą.
Czasem trzeba przybrać kawał drania jeśli chce się uniknąć konsekwencji. Założyłem więc koszulkę z Tour de Pologne i udawałem zawodnika. Podleciały do nas dwie reporterki, którym udzieliliśmy wywiadu. Zaskoczonym fankom tłumaczyliśmy, że wynik nas nie satysfakcjonował więc zeszliśmy z trasy. Zaraz potem podeszliśmy do stanowiska regenerującego z poweredami. Wypiliśmy chyba najwięcej prosząc jeszcze o dolewkę do bidonu. Następnie udaliśmy się do myjni z kercherami. Pucując rowery poznaliśmy kilku zawodników zazdroszczącym nam niebywałej kondycji :D

Jadąc już w stronę centrum napotkaliśmy przed sobą mistrzynie polski, a zarazem srebrną medalistkę mistrzostw świata w kolarstwie górskim Anie Szafraniec.
Bardzo miła dziewczyna. Wyprzedziłem ją pytając się czy mogę powiedzieć znajomym, że ją wziąłem na prostej. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
W Centrum zaskoczony napotkałem prześladującą mnie tego dnia Kamile Kornaś we własnej osobie wraz z dwiema koleżankami.

"this is Wojtek" - powiedziała do nich po kilku sek. zastanowienia. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Kornaś kaleczyła z dwoma Kanadyjkami, które przyjechały do niej na wymianę:D
Pożegnaliśmy się, napiliśmy się jeszcze trochę powerada i sruu do Sącza.

Jakaś moc wstąpiła w moje uśpione mięśnie. Forsowaliśmy zabójcze tempo rzadko schodząc poniżej 40 km/h. Opony typu slick robią swoje na asfalcie. Pobiłem rekord prędkości:
Rozpędzając się z Krzyżówki osiągnąłem 88,08 km/h ! Ładny wynik.
Nim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Nowego Sącza. Zatrzymałem stoper i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dojechaliśmy w 41 minut ! Zapytajcie taty, ile jedzie samochodem.

W rynku spotkałem Kaśkę, Wiktora, Czaję, Anetę i wielu innych bawiących się na koncercie.
Oczywiście pojawiła się Kornaś z Kanadyjkami. Wziąłem jej kartkę ze słówkami i nawiązałem dialog na poziomie.
Na pewno mnie polubiły :D

O 22:00 dotarłem wygłodniały do domu. Ufff out of power!

Częstochowa Coverage | Day 2

Sobota, 24 lipca 2010 · Komentarze(5)
Pobudka o 6:00, szybkie śniadanie i jako pierwsi wyruszyliśmy w dalszą podróż.
Po ulewnej nocy, wszystkie wcześniej uprane rzeczy do niczego się nie nadawały.
Na drogach nieustannie siąpiło. Pogoda była beznadziejna.

Nagle zerwał się niesamowity wiatr. Odetchnęliśmy z ulgą, że nie jedziemy pod niego. Na 30 km spełniły się jednak nasze skryte przypuszczenia.
Skręcając na lewo dostaliśmy się idealnie w epicentrum działania wiatru.
Jechało się tragicznie. W czasie zjazdu byłem zmuszony zmienić ustawienie przerzutek na te które zwykle ustawiam na podjazdy.
Wiatr niemiłosiernie hamował nasze ruchy. W dodatku po wczorajszym dniu moje przerzutki zaczęły szwankować. O dziewiątce nie miałem co marzyć.

Mimo wszystkich przeciwności dawaliśmy z siebie wszystko. Po 50 km nieustannej jazdy pod wiatr skręciliśmy na prawo na drogę wojewódzką.
Co za ulga. Poczułem się o połowę lżejszy.

O godzinie 10:30 dojechaliśmy na zaplanowany na mapie obiad.
Byliśmy strasznie zdenerwowani.
Lokal był obskurny, babka stwierdziła, iż organizator spodziewał się, że grupa przyjedzie tu o 15:00 więc obiadu jeszcze nie ma.
Musieliśmy zamówić wszystko na swój koszt.
Dodatkowo na mapie pojawiło się nieszczęsne oznaczenie "po ok 10 w lewo" Odczytaliśmy je jako skręt w lewo po 10km. Po przejechaniu 10km nie widząc żadnego lokalu zdecydowaliśmy się zawrócić. Okazało się, że chodziło o 10 metrów!

O godzinie 14:15 dojechaliśmy na planowane miejsce noclegowe w Piaskach.
Postanowiliśmy nie czekać 3 godzin na resztę grupy i ruszyć na własną rękę do Częstochowy. Organizatorowi tradycyjnie przekazaliśmy, że będziemy nocować u babci, której oczywiście nie mamy. Nie omieszkałem zostawić dziadkom na asfalcie powiadomienia, że byliśmy tu pierwsi. Sądząc po ich chłodnym przywitaniu dnia następnego wiadomość została odczytana :D

Koło 16:00 dotarliśmy do celu.
Częstochowa przywitała nas zaczepnym deszczem.
Po zakupach w Lidlu i obiedzie w KFC zameldowaliśmy się w Hali Pielgrzyma.
Warunki były wspaniałe. Po ciepłym prysznicu skoczyliśmy na apel jasnogórski i poszliśmy wykończeni spać. Dzień drugi wraz z całą pielgrzymką dobiegł końca:)

W sumie zrobiliśmy 286 km w czasie 12:32. Za nami wiele przeciwności i kryzysów.
Ale czy ktoś powie, że nie było warto ? Nie:)
Wracając autobusem dogadaliśmy szczegóły następnego wielkiego projektu tego roku. Czekamy na stanowisko rodziców.
Wkrótce wszystkiego się dowiecie.

Częstochowa Coverage | Day 1

Piątek, 23 lipca 2010 · Komentarze(2)
Godzina 6:30. Na zewnątrz lekka mgła. Ruszamy na największa wyprawę tego roku Posłuchajcie:

Zbiórka uczestników odbyła się w Trzetrzewinie. Na miejscu spotkaliśmy naszych starych znajomych z przed roku- grupę DZIADKÓW czyli uzbrojonych w kolarzówki naszych największych przeciwników.

Tutaj musimy się na chwilę zatrzymać aby wszystko zrozumieć.
Grupa dziadków nie jest w rzeczywistości w wieku emerytalnym. Składa się po prostu z 5-osobowej grupy dorosłych kolarzy po 30-tce.
Dlaczego za sobą nie przepadamy?

Otóż od zeszłego roku nieustannie rywalizujemy o pierwsze miejsca na noclegowniach, obiadach itp. Mający przewagę technologiczną dziadkowie co roku odgrażają się, że nas odstawią. My za to nigdy nie dajemy za wygraną.
Na ubiegłorocznej pielgrzymce dziadkowie przegrali z kretesem.
Dzisiaj pełni żądzy rewanżu ruszyli na samym czele 49 osobowej grupy pielgrzymów.

Kiedy zaczęły się góry magiczne możliwości ich rowerów dobiegły kresu.
Szybko zniknęli za naszymi plecami.
Używam cały czas liczby mnogiej, ale kogo mam na myśli?

Otóż w tym roku zebraliśmy się w 4-osobową grupę w składzie:
Ja, Darek czyli perła Podegrodzia oraz Przemek i Emre Sekuła.

Zaczęło się tragicznie.
Albo inaczej: zaczęło się źle a mogło skończyć tragicznie.

Dotarliśmy do zjazdu który miał nas doprowadzić do Łososiny za olbrzymim Justem.
Postanowiłem zawalczyć o rekord prędkości.
Wpatrzony tylko w licznik pedałowałem na maksa.
Kiedy doszedłem do 78 czyli aktualnego rekordu spojrzałem przed siebie.

Ogarnęło mnie przerażenie...
20m przede mną widniał zakręt o kącie ponad 120 stopni. Chwyciłem za oba hamulce.
Było już za późno, droga się skończyła. Życie uratowałem zeskakując w ostatniej chwili z roweru. Wpadłem do rowu w którym na szczęście nie było żadnego konara.
Napompowany adrenaliną od razu wstałem upewniając się, czy wszystkie części ciała funkcjonują. Koledzy jadący za mną w panice pytali czy żyję.
Przeżyłem wiele wypadków, nie wiem jak to wyglądało, jeśli wierzyć Kuźmie to tragicznie. Jak sam przyznał kiedy dojeżdżał do miejsca wypadku wyobrażał już sobie karetkę pogotowia i rozczarowane miny moich rodziców.

Pani Jasnogórska, Dziękuję i przepraszam za głupotę. Tyle mogę powiedzieć.

Po zdezynfekowaniu obrażeń rzuciłem okiem na rower. Wyglądał okropnie.
Kierownica przekręcona, koło całkowicie scentrowane, napęd nie działał.
Zrezygnowany uderzyłem w niego. Naprawił się!(napęd) Ruszyliśmy w dalszą trasę.

Na domiar złego okazało się, że sytuacja z Krk się powtórzyła.
Pomyliliśmy trasy i wyjechaliśmy w Tgb czyli po złej stronie Justu.
Wjechaliśmy na szczyt na pełnych obrotach ścigając naszych rywali.
Zastaliśmy ich odpoczywających na Cpn'ie w Łososinie.
Chcąc ich zgubić zrezygnowaliśmy z postoju.

Rozpoczęło się 5h umierania.
Z piekącymi ranami i zepsutym rowerem trzymałem się na kole za towarzyszami nadającymi tradycyjnie szalone tempo.
Na obiad zaplanowany na 12 dotarliśmy o 10:30. Po zjedzeniu i chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. I tutaj przyjemny obrazek. Naszym oczom ukazali się Dziadkowie.

"Obiad jest tam"- rzekli ucieszeni.
"Wiemy jesteśmy już po"- odpowiedzieliśmy zaczepnie
"Ale, ale to ....: NIEMOŻLIWE"- rzekł Lider dziadków z klubu Sokoła Tarnów.

Widząc jego smutną minę odczuliśmy olbrzymią satysfakcję.

Nie słuchając przechodniów odradzających nam jazdę skrótem przez las wpadliśmy w olbrzymie bagno. Zgubiłem telefon, który na szczęście szybko znalazł Przemek.
Darek zaliczył niegroźny upadek. Na asfalt wyjechaliśmy lżejsi o połowę.

Na 90km zauważyliśmy jakaś znajoma twarz po 30-tce jadącą na semi-kolarce.
Okazało się, że to jeden z pielgrzymowiczów.
Nie mogliśmy zrozumieć jakim cudem znalazł się przed nami.
Kiedy o to zapytaliśmy był święcie przekonany, że jedzie za dziadkami.
Zaraz wszystko zrozumieliśmy. Otóż Marek, bo tak miał na imię jechał razem z dziadkami, ale jak sam przyznał dyktowali takie tempo jakby kogoś gonili(chyba wiemy o kogo chodzi:) i nie był w stanie się za nimi utrzymać.
Okazało się, że nie zauważył potem na mapie miejsca postojowego na obiad.
W ten sposób znalazł się na samym czele.

Po 8km zgubiliśmy naszego nowego towarzysza.

Kiedy docieraliśmy już do miejsca noclegowego zaczęło niesamowicie grzmieć.
Rozpętała się straszna burza. Byliśmy świadkami tragedii ludzkiej.
Domy dookoła były pozalewane. Woda wyszła na drogę. Jechaliśmy przez istną rzekę.
Przez szosę próbowały się przebić samochody straży pożarnej. Straszny widok i to dosłownie po 2h opadów. Powodem była zatkana kanalizacja. Co za głupota...

Cali mokrzy i ubłoceni dojechaliśmy do miejsca noclegowego.
Poszliśmy do baru. Staliśmy już prawie 20min w kolejce z powodu lokalnych alkoholików, którzy kupowali piwo i to dosłownie hurtowo.
Nagle odgarnął ich wszystkich znany już nam towarzysz, Marek.

-"Proszę mi podać piwo, ZIMNE ! i hamburgera do tego bo chce mi się jeść "

Zdezorientowani pijacy nie wiedzieli co się dzieje. Marek zaraz się z nimi spoufalił. Po 5 min. z wypiekami na twarzy słuchaliśmy jak jeden z nich zwierzał mu się z problemów łóżkowych ze swoją żoną.

Kiedy wróciliśmy spotkaliśmy dziadków przekonanych, że dojechali pierwsi.
Nie omieszkałem wyprowadzić ich z błędu:)

Nocleg odbywał się w sali gimnastycznej położonej na terenie lokalnej plebani.
Zajęliśmy pokój w którym najwyraźniej spały jakieś cygany. Śmierdziało jak w...
Zawsze to lepsza alternatywa niż spania na podłodze z dziadkami.

Dookoła poukładane były butelki po alkoholu, a na parapecie siedział poradnik do Seksu i masturbacji. Ładna mi plebania :D Dzień 1 dobiegł końca.
Link do zdjęć: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Czestochowa

Kryptonim: Nadganiamy. Twierdza Kraków zdobyta!

Sobota, 3 lipca 2010 · Komentarze(6)
Zapraszam na relację z najdłuższej wycieczki tego roku.
Moim łupem padł tym razem Kraków. Posłuchajcie:

Nadeszła Sobota. Idealny czas na rower. Zgodnie z planem mieliśmy jechać w Pieniny. Jednak mój ambitny towarzysz Darek zaproponował wyjazd na zakupy do Krk.
Nie zwykłem mu odmawiać :)
O godzinie 7:30 wyruszyliśmy w najbardziej popierniczoną podróż życia...

Kiedy zdobyliśmy szczyt na wysokości Trzetrzewiny wpadliśmy na idiotyczny pomysł. Otóż jakiś rok temu jechaliśmy tą samą trasą i wtedy miej więcej w tym miejscu znaleźliśmy dróżkę prowadzącą pod Just. Perspektywa ominięcia tej góry i jechanie dalej krajowymi była kusząca. Nie zastanawiając się dłużej skręciliśmy podejmując idiotyczną decyzję.

Ponieważ nie byliśmy pewni czy dobrze jedziemy zaczepiliśmy pierwszego lepszego przechodnia. Mężczyzna obrócił się. I tutaj widok niczym z horrorów.

Naszym oczom ukazał się mrożący krew w żyłach dziadek, pijany w trupa.
W swojej prawej ręce trzymał świeżo wyjętą wątrobę jakiegoś dużego zwierzęcia.
Z jego rękawów opadała krew. Jąkając się, zapytałem o drogę.

- "A ty nie jesteś złodziejem ?!"- zapytał przerażającym głosem.

Zanim zdążyłem mu wytłumaczyć, że nie, powtórzył swoje pytanie 3 krotnie za każdym razem zbliżając się co raz bardziej.
Wreszcie stanęliśmy twarzą w twarz. Byłem najgorszej myśli.
Nagle ku mojemu zaskoczeniu dziadek spokojnym głosem wytłumaczył mi, że musimy zjechać na dół i tam krótką drogą przez pole i las dojdziemy do Łososiny.

Brzdąkał jeszcze coś pod nosem. Mi to wystarczyło. Obróciłem się na pięcie i wskoczyłem na rower pędząc ile sił w nogach. Z oddali słychać było jeszcze krzyki

- Uwaga, złodziej, Uwaga!

Zjechaliśmy na sam dół i przepraliśmy się przez rzeczkę za którą spodziewaliśmy się ujrzeć drogę. Nic bardziej złudnego. Takiego gąszczu jeszcze nie widzieliście
Obróciliśmy się za siebie:

-O nie ! Nie będziemy wracać się pod taką górę i to jeszcze do tego dziadka!

Żałuję, że tego nie zrobiliśmy ! Co raz więcej kolców kaleczyło moje ciało.
Wreszcie busz się skończył. Drogę zatarasowała nam jednak tym razem polana.
Nie koszono jej chyba od wieków ! Widoczność zerowa. Wzięliśmy rowery na kark i powoli postępowaliśmy do przodu. Nagle wpadłem w dziurę. Poobijałem się cały.
Nie miałem szans jej zauważyć. Kiedy wstałem zauważyłem w końcu jakieś gospodarstwo. Wiedziałem, ze musi być przy nim jakaś droga.
Biegnąc co sił wyszliśmy z tej beznadziejnej polany. Chciałem spr która godzina.
Nagle jednak zorientowałem się, że nie mam przy sobie telefonu. Spanikowany wróciłem na polanę. Nie mogłem nawet odnaleźć trasy którą szliśmy. Wszystko zarośnięte. Nagle wpadłem w dziurę. Tę samą co ostatnio. Co za pech. Oczepałem się ze zboża i już miałem wracać do Darka kiedy nagle zauważyłem telefon u swoich stóp. Kamień z serca. Musiałem go zgubić jak się wywaliłem po raz 1.
Św Antoni dziękuję Ci !

Droga okazała się być tylko kamienista. Ale zawsze to coś. Musiała w końcu prowadzić do jakiejś asfaltowej. Błąd ! W tej czarnej dziurze ludzie jeżdżą tylko traktorami. Jadąc dróżką trafialiśmy od gospodarstwa do gospodarstwa.
Wreszcie jakaś babcie zlitowała się nad nami i wskazała nam właściwą drogę.
Oczywiście przez gąszcze, pola, lasy, sady. Postępując dalej płoszyliśmy biedne zające. Co za dziura !
Wreszcie po jakimś czasie dotarliśmy do asfaltu. Cywilizacjo witaj !

Sytuacja była nieciekawa. Straciliśmy jakieś 1,5 h, byliśmy wycięczeni i całkowicie zdemotywowani. Kraków co raz bardziej się od nas oddalał.

- A co tam słońce świeci- Jedziemy ! - Przerwał nasze rozważania Darek.

Rozpoczęła się akcja o kryptonimie: Nadganiamy. Żeby odrobić stracony czas musieliśmy dać z siebie wszystko. Poniżej 30km/h nie schodziliśmy. Na rozliczne górki wjeżdżaliśmy z pełną prędkością. W okolicach Łapanowa zajechaliśmy do pewnego gospodarstwa żeby upewnić się, czy dobrze jedziemy. Przywitała nas przemiła gospodyni z koszulką z napisem sex instructor :D

-Zbyszek !- zawołała. - Panowie pytają o drogę.

Z domu wyszedł tęgi gość po 40-tce w samych bokserkach. (Zastanawiam się czy w czymś im nie przerwaliśmy:D). Gospodarz powiedział, ze owszem jedziemy dobrze, ale jest nieco krótsza droga. Zaciekawieni poprosiliśmy aby ją nam pokazał.

-Pojedziecie panowie w lewo, prawo, potem pod górkę i przez..... LAS.
- O nie !- dziękujemy- krzyknęliśmy równocześnie.

Co jak co, ale pól i lasów mieliśmy tego dnia serdecznie dosyć.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. O godzinie 13 czasu polskiego minęliśmy gr. Krakowa.
Byliśmy zaskoczeni. Oznaczało to, że mimo olbrzymiej straty w zadupiowym zadupiu
dojechaliśmy w 4:30.
Nieźle.
Rozpoczęło się zwiedzanie. Zjedliśmy obiad w galerii Kazimierz i zrobiliśmy zakupy na drugim końcu miasta. Po samym Krk zrobiliśmy 50km.

O godzinie 16:30 ruszyliśmy w drogą powrotną. Ponieważ o 21 musiałem być w domu postanowiliśmy jechać co prędzej drogą krajową przez Brzesko.
Mięśnie były już jednak dojechane. Rozpoczęło się kolejne 5h umierania.

Było wiele kryzysów, nie powiem. Mimo to dawaliśmy z siebie wszystko, byle zdążyć
W pobliżu Jurkowa na drogę wyjechał traktor. Wprawdzie jechał tylko 21km/h, ale zawsze to darmowe kilkaset metrów. Dojechałem do niego i złapałem się za przyczepę. Po 700m kierowca obrócił się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się tylko porozumiewawczo. Po 1,5km facet zjechał z drogi i pożegnaliśmy się czule machając rękoma.

Po jakimś czasie dojechaliśmy do Łososiny pod nieszczęsny Just.
Zrobiliśmy postój przy biedronce. Cały spocony doczołgałem się do kasy kulejąc na prawą nogę. Pewna matka z dzieckiem na mój widok zawołała:

-Krysiu, dziecko moje. Uważaj !

Co za upodlenie. Nie przejmowałem się tym w cale. Zmęczony rozciągałem się na kafelkach. Ruszyliśmy dalej.
Cali wycieńczeni dotarliśmy na szczyt. Musieliśmy jednak pędzić dalej.
Poniżej 30 nie schodziłem. Prawa noga dygotała z zimna.

Wreszcie o godzinie 21:30 dojechaliśmy do Sącza. Całkowicie dojechany doczłapałem się pod drzwi do domu. Trasa dobiegła końca !

Dzięki za uwagę.