Wpisy archiwalne w kategorii

prędkość maksymalna

Dystans całkowity:150.00 km (w terenie 18.00 km; 12.00%)
Czas w ruchu:06:46
Średnia prędkość:22.17 km/h
Maksymalna prędkość:88.08 km/h
Suma podjazdów:6000 m
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:50.00 km i 2h 15m
Więcej statystyk

Out of control, out of power!

Sobota, 14 sierpnia 2010 · Komentarze(4)
14 sierpnia o godzinie 11:00 z Krynicy ruszył 8 etap maratonu rowerowego z cyklu powerade mtb. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Posłuchajcie:


W nocy z 13 na 14 sierpnia spałem ledwie 3 godziny.
Wiedziałem, że w takim stanie o jakiejś ambitniejszej rywalizacji nie ma mowy.
Darek nie chciał jednak słyszeć o tym, że nie jadę.
Punktualnie o godz. 9 zjawił się pod domem. Zawiedziony ruszyłem z nim w drogę.

Starałem się na każdym kroku spowalniać naszą jazdę.
Dotarliśmy spóźnieni o 15 min. Wszyscy już wystartowali.
My (tzn.tego dnia Darek:D) jednak nigdy się nie poddajemy. Ruszyliśmy w pogoń.
Na starcie postanowiliśmy podjąć ryzyko i nie tracić czasu na zmianę opon z szosowych na terenowe. I na początku się opłaciło.
Doganialiśmy pierwszych zawodników.
Wszystkich na terenowych oponach z olbrzymim bieżnikiem...

Po kilku kilometrach zrozumieliśmy swoją głupotę. Dotarliśmy do lasu.
Przed nami pojawił się niesamowicie stromy zjazd ze ścianą błota.
Na zawodach nie masz czasu na chwilę zastanowienia.

Albo prowadzisz tracąc dużo czasu.
Albo zjeżdżasz sporo ryzkując.

Wybrałem tę drugą opcję. Cóż za głupota. Hamulce okazały się bezużyteczne.
Straciłem kontrolę nad rowerem. Mogłem tylko kurczowo trzymać kierownicę . Szczęśliwie pozostawałem na trasie mijając następne drzewa. Rower nabierał prędkości.
Puściłem hamulce i zdecydowałem się zeskoczyć z roweru. Bezskutecznie:
Moje wpinane bloki z butów SPD całkowicie zablokowały się w obłoconych pedałach.

Stałem się więźniem własnego roweru.
Docierałem z zawrotną prędkością do podnóża góry. Odrobina wiary wypełniła moje serce:
"może nie natrafię na żaden zakręt "- pomyślałem

Jednak w sekundzie resztki nadziei zmiotła wielka kosmata panika. Przez zmrużone od bryzgającego błota oczy ujrzałem zakręt. Rzucił mi wyzwanie: Bardzo niesprawiedliwe wyzwanie.

Byłem bez szans na wymanewrowanie. Chwyciłem tylko jeszcze mocniej kierownicę.
Przestrzeliłem zakręt...
I tutaj szczęście w nieszczęściu: Między gęsto rosnącymi drzewami rósł dłuuugi pas wysokich krzaków, krzaczków i innej zieleni. Wpadłem w ten gąszcz na pełnej prędkości, górka na szczęście już się skończyła. Karczowałem następne centymetry hamując z co raz większym powodzeniem.
Wreszcie wyhamowałem.

Cisza.

"Kamień z serca". Nabuzowany adrenaliną wróciłem na trasę spotykając Darka

Zdecydowaliśmy, że taka jazda nie ma sensu. Podpedałowaliśmy trochę do góry i dotarliśmy do rozjazdu. Kamienista ubita droga wydała nam się zdecydowanie lepszą alternatywą niż wytyczona specjalnie dla maratonu górka pokryta znanym już nam błotem.

I tak już spokojnie przemierzaliśmy kolejne kilometry po bezpiecznej trasie kiedy złączyliśmy się nagle z trasą maratonu. Ponieważ prowadziła już po kostce brukowej zdecydowaliśmy się zjechać nią do miasta. Tymczasem spekerzy krzyczą nam, że mamy 10 minut straty do 1 miejsca.
Wyjechaliśmy odpowiednio na 2 i 3 :D

Dojeżdżając do deptaku na którym mieściła się meta przywitały nas gromkie brawa publiczności zachęcającej do walki.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Darkiem. Kurde:D Trzeba się z tego jakoś wymigać, przecież jedziemy na czarno bez zapisania. Pomiędzy banderami 300m przed metą znalazłem małą lukę. Nie zastanawiając się, wjechałem w nią. Nabuzowana widownia napominała nas, że pomyliliśmy trasę.
Chcąc jak najszybciej od nich uciec postanowiłem zjechać ze znajdujących się obok schodów.
Nie przewidziałem jednak, że będą tak strome. Przeleciałem nad nimi lądując na przednim kole.

Publiczność wstrzymała oddech. Razem ze mną.
Na szczęście wyprowadziłem rower do poziomu.

"Dlaczego musimy być zawsze w centrum uwagi?"- pomyślałem. Nie widząc innej drogi musieliśmy skierować się do campusów dla zawodników za metą.
Czasem trzeba przybrać kawał drania jeśli chce się uniknąć konsekwencji. Założyłem więc koszulkę z Tour de Pologne i udawałem zawodnika. Podleciały do nas dwie reporterki, którym udzieliliśmy wywiadu. Zaskoczonym fankom tłumaczyliśmy, że wynik nas nie satysfakcjonował więc zeszliśmy z trasy. Zaraz potem podeszliśmy do stanowiska regenerującego z poweredami. Wypiliśmy chyba najwięcej prosząc jeszcze o dolewkę do bidonu. Następnie udaliśmy się do myjni z kercherami. Pucując rowery poznaliśmy kilku zawodników zazdroszczącym nam niebywałej kondycji :D

Jadąc już w stronę centrum napotkaliśmy przed sobą mistrzynie polski, a zarazem srebrną medalistkę mistrzostw świata w kolarstwie górskim Anie Szafraniec.
Bardzo miła dziewczyna. Wyprzedziłem ją pytając się czy mogę powiedzieć znajomym, że ją wziąłem na prostej. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
W Centrum zaskoczony napotkałem prześladującą mnie tego dnia Kamile Kornaś we własnej osobie wraz z dwiema koleżankami.

"this is Wojtek" - powiedziała do nich po kilku sek. zastanowienia. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Kornaś kaleczyła z dwoma Kanadyjkami, które przyjechały do niej na wymianę:D
Pożegnaliśmy się, napiliśmy się jeszcze trochę powerada i sruu do Sącza.

Jakaś moc wstąpiła w moje uśpione mięśnie. Forsowaliśmy zabójcze tempo rzadko schodząc poniżej 40 km/h. Opony typu slick robią swoje na asfalcie. Pobiłem rekord prędkości:
Rozpędzając się z Krzyżówki osiągnąłem 88,08 km/h ! Ładny wynik.
Nim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Nowego Sącza. Zatrzymałem stoper i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dojechaliśmy w 41 minut ! Zapytajcie taty, ile jedzie samochodem.

W rynku spotkałem Kaśkę, Wiktora, Czaję, Anetę i wielu innych bawiących się na koncercie.
Oczywiście pojawiła się Kornaś z Kanadyjkami. Wziąłem jej kartkę ze słówkami i nawiązałem dialog na poziomie.
Na pewno mnie polubiły :D

O 22:00 dotarłem wygłodniały do domu. Ufff out of power!

Żeleźnikowej urok wspaniały.

Niedziela, 27 czerwca 2010 · Komentarze(4)
Na tę pamiętną niedzielę dostaliśmy wszyscy zaproszenie od rodowitego żeleźnikowianina- Jureckiego.

Wdrapując się na niemałą górkę ujrzeliśmy wspaniały krajobraz Sądecczyzny. Nie widząc większego ruchu na drodze uznałem, że ten zjazd to idealne miejsce na pobicie rekordu

Osiągnąłem WR: 78,8 km/h. Duma mnie rozpiera :D

Bez większych przygód dotarliśmy do Żeleźnikowej.
Jura zabrał nas na kolejną górkę(wokół jest ich w piździec:D)gdzie rozpaliliśmy ognisko. Po godzinie rozpadał się straszny deszcz. Postanowiliśmy go przeczekać.
2h minęły, a nasz kolega burza nie dawał za wygraną. Nie łudząc się dłużej, że kiedykolwiek skapituluje wróciliśmy cali mokrzy do domu.(Jureckiego!:D)

Nasz miły gospodarz zaopatrzył nas w suche rzeczy i ciepłą herbatę.
Zrobiliśmy nawet fotę na najsłynniejszym balkonie świata ! :D

Ale OK trzeba wrócić do rzeczywistości. Jest godzina 23:00. Ciemno jak w dupie, wszędzie mgła, pada deszcz, ślisko i niesamowicie niebezpiecznie na drodze.
Jak to powiedział Maris złapała nas lekka sraka.

Nie czekając dłużej ruszyliśmy w drogę ze skąpym oświetleniem. Wcześniej nagraliśmy pożegnalny filmik dla rodziców na wypadek gdybyśmy już nigdy nie wrócili.:D

Powiedzcie mi dlaczego w XXI w. nie ma na wszystkich drogach latarni?
Auta jechały nieustannie. Otaczający nas las stworzył mroczną arenę walki o uniknięcie zderzenia. Zwartą grupą przemierzaliśmy następne kilometry.

Nagle usłyszeliśmy cichy dech zwierzęcia. Z czasem stawał się co raz bliższy i głośniejszy. Jadącego z tyłu Marisa ogarnęła sraka.
Połączenie ciemni lasu i gęstej mgły uniemożliwiało zobaczenie zagrożenia.
Nagle na 2m przed ostatnim z nas wątpliwości zostały rozwiązane.

Był to olbrzymi...: No tak mój wierny czytelniku, ale ty już wiesz o kogo chodzi:
Stary wierny towarzysz, który ma na polskich wsiach cholernie wielu braci ponownie wyszedł na spotkanie.

Jechałem z samego przodu. Usłyszałem tylko krzyk i wyprzedzających mnie niczym błyskawica towarzyszy. Instynktownie depnąłem w pedały.
Obróciłem się na sekundę. Widziałem go. Rosły pies nieznanej mi rasy. Niknął w tumanach mgły. Udało nam się uciec.

Większych przygód tej nocy już nie mieliśmy. Szczęśliwie dojechaliśmy do oświetlonej strefy NS, a stamtąd spokojnie do domów.

Rekordowo

Sobota, 12 czerwca 2010 · Komentarze(3)
Co za upał !

Nie zrażając się dosłownie palącymi promieniami słonecznymi zabrałem się do pracy przy boisku do siatki. Zrobiliśmy z Michałem kawał porządnej roboty. Normalnie standardy europejskie ! ; D. Oczywiście jestem cały spalony.

Odwożąc Michała napotkałem szczęśliwie dwóch lowelasów z WP;Kuźmę i Karola ;)
Pożuliliśmy się trochę na przystanku autobusowym mile gawędząc. Jak zawsze w naszych głowach zaczęły się pojawiać zwariowane pomysły. Po zrealizowaniu kilku z nich, o których nie chce nawet tutaj wspominać postanowiliśmy zorganizować małe zawody, kto wyciągnie więcej na prostej(oczywiście jadąc pod prąd:D)
Tak więc licznik na kierownice i sruuu.
Zwycięzca 1 serii Przemysław Kuźma swoim wynikiem 49,7 km/h zmobilizował mnie do wzięcia odwetu. Z powodzeniem:
Prędkością 55,6 km/h po zaciekłej drugiej odsłonie pokonałem resztę stawki.

Mówię o tym jak o zawodach międzynarodowych.
Wybaczcie i nie miejcie mi tego za złe :D

Na uwagę zasługuje próba Pana Karola Sekuły. Nasz niedoszły rekordzista chcąc osiągnąć jak najlepszy rezultat nie zauważył jadącego na czołówkę samochodu.
Życie zawdzięcza swojemu refleksowi i moim genialnym hamulcom. Oczywiście delikatnie przekoziołkował przez kierownice kalecząc ręce. Lepsze to niż spotkanie z maską samochodu, którego kierowca odjechał grożąc mu dłonią i kilkoma bynajmniej nieciepłymi słowami.

Wracając do domu delektowałem się lekkim, nocnym wiaterkiem- balsamem na moje spalone plecy.

Ahhh te ciepłe, czerwcowe noce. Dzisiejsza była idealna- zupełnie jak w Licheniu.

Rozkosz.