Out of control, out of power!
Sobota, 14 sierpnia 2010
· Komentarze(4)
Kategoria prędkość maksymalna, wyprawa 100-200km
14 sierpnia o godzinie 11:00 z Krynicy ruszył 8 etap maratonu rowerowego z cyklu powerade mtb. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Posłuchajcie:
W nocy z 13 na 14 sierpnia spałem ledwie 3 godziny.
Wiedziałem, że w takim stanie o jakiejś ambitniejszej rywalizacji nie ma mowy.
Darek nie chciał jednak słyszeć o tym, że nie jadę.
Punktualnie o godz. 9 zjawił się pod domem. Zawiedziony ruszyłem z nim w drogę.
Starałem się na każdym kroku spowalniać naszą jazdę.
Dotarliśmy spóźnieni o 15 min. Wszyscy już wystartowali.
My (tzn.tego dnia Darek:D) jednak nigdy się nie poddajemy. Ruszyliśmy w pogoń.
Na starcie postanowiliśmy podjąć ryzyko i nie tracić czasu na zmianę opon z szosowych na terenowe. I na początku się opłaciło.
Doganialiśmy pierwszych zawodników.
Wszystkich na terenowych oponach z olbrzymim bieżnikiem...
Po kilku kilometrach zrozumieliśmy swoją głupotę. Dotarliśmy do lasu.
Przed nami pojawił się niesamowicie stromy zjazd ze ścianą błota.
Na zawodach nie masz czasu na chwilę zastanowienia.
Albo prowadzisz tracąc dużo czasu.
Albo zjeżdżasz sporo ryzkując.
Wybrałem tę drugą opcję. Cóż za głupota. Hamulce okazały się bezużyteczne.
Straciłem kontrolę nad rowerem. Mogłem tylko kurczowo trzymać kierownicę . Szczęśliwie pozostawałem na trasie mijając następne drzewa. Rower nabierał prędkości.
Puściłem hamulce i zdecydowałem się zeskoczyć z roweru. Bezskutecznie:
Moje wpinane bloki z butów SPD całkowicie zablokowały się w obłoconych pedałach.
Stałem się więźniem własnego roweru.
Docierałem z zawrotną prędkością do podnóża góry. Odrobina wiary wypełniła moje serce:
"może nie natrafię na żaden zakręt "- pomyślałem
Jednak w sekundzie resztki nadziei zmiotła wielka kosmata panika. Przez zmrużone od bryzgającego błota oczy ujrzałem zakręt. Rzucił mi wyzwanie: Bardzo niesprawiedliwe wyzwanie.
Byłem bez szans na wymanewrowanie. Chwyciłem tylko jeszcze mocniej kierownicę.
Przestrzeliłem zakręt...
I tutaj szczęście w nieszczęściu: Między gęsto rosnącymi drzewami rósł dłuuugi pas wysokich krzaków, krzaczków i innej zieleni. Wpadłem w ten gąszcz na pełnej prędkości, górka na szczęście już się skończyła. Karczowałem następne centymetry hamując z co raz większym powodzeniem.
Wreszcie wyhamowałem.
Cisza.
"Kamień z serca". Nabuzowany adrenaliną wróciłem na trasę spotykając Darka
Zdecydowaliśmy, że taka jazda nie ma sensu. Podpedałowaliśmy trochę do góry i dotarliśmy do rozjazdu. Kamienista ubita droga wydała nam się zdecydowanie lepszą alternatywą niż wytyczona specjalnie dla maratonu górka pokryta znanym już nam błotem.
I tak już spokojnie przemierzaliśmy kolejne kilometry po bezpiecznej trasie kiedy złączyliśmy się nagle z trasą maratonu. Ponieważ prowadziła już po kostce brukowej zdecydowaliśmy się zjechać nią do miasta. Tymczasem spekerzy krzyczą nam, że mamy 10 minut straty do 1 miejsca.
Wyjechaliśmy odpowiednio na 2 i 3 :D
Dojeżdżając do deptaku na którym mieściła się meta przywitały nas gromkie brawa publiczności zachęcającej do walki.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Darkiem. Kurde:D Trzeba się z tego jakoś wymigać, przecież jedziemy na czarno bez zapisania. Pomiędzy banderami 300m przed metą znalazłem małą lukę. Nie zastanawiając się, wjechałem w nią. Nabuzowana widownia napominała nas, że pomyliliśmy trasę.
Chcąc jak najszybciej od nich uciec postanowiłem zjechać ze znajdujących się obok schodów.
Nie przewidziałem jednak, że będą tak strome. Przeleciałem nad nimi lądując na przednim kole.
Publiczność wstrzymała oddech. Razem ze mną.
Na szczęście wyprowadziłem rower do poziomu.
"Dlaczego musimy być zawsze w centrum uwagi?"- pomyślałem. Nie widząc innej drogi musieliśmy skierować się do campusów dla zawodników za metą.
Czasem trzeba przybrać kawał drania jeśli chce się uniknąć konsekwencji. Założyłem więc koszulkę z Tour de Pologne i udawałem zawodnika. Podleciały do nas dwie reporterki, którym udzieliliśmy wywiadu. Zaskoczonym fankom tłumaczyliśmy, że wynik nas nie satysfakcjonował więc zeszliśmy z trasy. Zaraz potem podeszliśmy do stanowiska regenerującego z poweredami. Wypiliśmy chyba najwięcej prosząc jeszcze o dolewkę do bidonu. Następnie udaliśmy się do myjni z kercherami. Pucując rowery poznaliśmy kilku zawodników zazdroszczącym nam niebywałej kondycji :D
Jadąc już w stronę centrum napotkaliśmy przed sobą mistrzynie polski, a zarazem srebrną medalistkę mistrzostw świata w kolarstwie górskim Anie Szafraniec.
Bardzo miła dziewczyna. Wyprzedziłem ją pytając się czy mogę powiedzieć znajomym, że ją wziąłem na prostej. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
W Centrum zaskoczony napotkałem prześladującą mnie tego dnia Kamile Kornaś we własnej osobie wraz z dwiema koleżankami.
"this is Wojtek" - powiedziała do nich po kilku sek. zastanowienia. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Kornaś kaleczyła z dwoma Kanadyjkami, które przyjechały do niej na wymianę:D
Pożegnaliśmy się, napiliśmy się jeszcze trochę powerada i sruu do Sącza.
Jakaś moc wstąpiła w moje uśpione mięśnie. Forsowaliśmy zabójcze tempo rzadko schodząc poniżej 40 km/h. Opony typu slick robią swoje na asfalcie. Pobiłem rekord prędkości:
Rozpędzając się z Krzyżówki osiągnąłem 88,08 km/h ! Ładny wynik.
Nim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Nowego Sącza. Zatrzymałem stoper i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dojechaliśmy w 41 minut ! Zapytajcie taty, ile jedzie samochodem.
W rynku spotkałem Kaśkę, Wiktora, Czaję, Anetę i wielu innych bawiących się na koncercie.
Oczywiście pojawiła się Kornaś z Kanadyjkami. Wziąłem jej kartkę ze słówkami i nawiązałem dialog na poziomie.
Na pewno mnie polubiły :D
O 22:00 dotarłem wygłodniały do domu. Ufff out of power!
W nocy z 13 na 14 sierpnia spałem ledwie 3 godziny.
Wiedziałem, że w takim stanie o jakiejś ambitniejszej rywalizacji nie ma mowy.
Darek nie chciał jednak słyszeć o tym, że nie jadę.
Punktualnie o godz. 9 zjawił się pod domem. Zawiedziony ruszyłem z nim w drogę.
Starałem się na każdym kroku spowalniać naszą jazdę.
Dotarliśmy spóźnieni o 15 min. Wszyscy już wystartowali.
My (tzn.tego dnia Darek:D) jednak nigdy się nie poddajemy. Ruszyliśmy w pogoń.
Na starcie postanowiliśmy podjąć ryzyko i nie tracić czasu na zmianę opon z szosowych na terenowe. I na początku się opłaciło.
Doganialiśmy pierwszych zawodników.
Wszystkich na terenowych oponach z olbrzymim bieżnikiem...
Po kilku kilometrach zrozumieliśmy swoją głupotę. Dotarliśmy do lasu.
Przed nami pojawił się niesamowicie stromy zjazd ze ścianą błota.
Na zawodach nie masz czasu na chwilę zastanowienia.
Albo prowadzisz tracąc dużo czasu.
Albo zjeżdżasz sporo ryzkując.
Wybrałem tę drugą opcję. Cóż za głupota. Hamulce okazały się bezużyteczne.
Straciłem kontrolę nad rowerem. Mogłem tylko kurczowo trzymać kierownicę . Szczęśliwie pozostawałem na trasie mijając następne drzewa. Rower nabierał prędkości.
Puściłem hamulce i zdecydowałem się zeskoczyć z roweru. Bezskutecznie:
Moje wpinane bloki z butów SPD całkowicie zablokowały się w obłoconych pedałach.
Stałem się więźniem własnego roweru.
Docierałem z zawrotną prędkością do podnóża góry. Odrobina wiary wypełniła moje serce:
"może nie natrafię na żaden zakręt "- pomyślałem
Jednak w sekundzie resztki nadziei zmiotła wielka kosmata panika. Przez zmrużone od bryzgającego błota oczy ujrzałem zakręt. Rzucił mi wyzwanie: Bardzo niesprawiedliwe wyzwanie.
Byłem bez szans na wymanewrowanie. Chwyciłem tylko jeszcze mocniej kierownicę.
Przestrzeliłem zakręt...
I tutaj szczęście w nieszczęściu: Między gęsto rosnącymi drzewami rósł dłuuugi pas wysokich krzaków, krzaczków i innej zieleni. Wpadłem w ten gąszcz na pełnej prędkości, górka na szczęście już się skończyła. Karczowałem następne centymetry hamując z co raz większym powodzeniem.
Wreszcie wyhamowałem.
Cisza.
"Kamień z serca". Nabuzowany adrenaliną wróciłem na trasę spotykając Darka
Zdecydowaliśmy, że taka jazda nie ma sensu. Podpedałowaliśmy trochę do góry i dotarliśmy do rozjazdu. Kamienista ubita droga wydała nam się zdecydowanie lepszą alternatywą niż wytyczona specjalnie dla maratonu górka pokryta znanym już nam błotem.
I tak już spokojnie przemierzaliśmy kolejne kilometry po bezpiecznej trasie kiedy złączyliśmy się nagle z trasą maratonu. Ponieważ prowadziła już po kostce brukowej zdecydowaliśmy się zjechać nią do miasta. Tymczasem spekerzy krzyczą nam, że mamy 10 minut straty do 1 miejsca.
Wyjechaliśmy odpowiednio na 2 i 3 :D
Dojeżdżając do deptaku na którym mieściła się meta przywitały nas gromkie brawa publiczności zachęcającej do walki.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Darkiem. Kurde:D Trzeba się z tego jakoś wymigać, przecież jedziemy na czarno bez zapisania. Pomiędzy banderami 300m przed metą znalazłem małą lukę. Nie zastanawiając się, wjechałem w nią. Nabuzowana widownia napominała nas, że pomyliliśmy trasę.
Chcąc jak najszybciej od nich uciec postanowiłem zjechać ze znajdujących się obok schodów.
Nie przewidziałem jednak, że będą tak strome. Przeleciałem nad nimi lądując na przednim kole.
Publiczność wstrzymała oddech. Razem ze mną.
Na szczęście wyprowadziłem rower do poziomu.
"Dlaczego musimy być zawsze w centrum uwagi?"- pomyślałem. Nie widząc innej drogi musieliśmy skierować się do campusów dla zawodników za metą.
Czasem trzeba przybrać kawał drania jeśli chce się uniknąć konsekwencji. Założyłem więc koszulkę z Tour de Pologne i udawałem zawodnika. Podleciały do nas dwie reporterki, którym udzieliliśmy wywiadu. Zaskoczonym fankom tłumaczyliśmy, że wynik nas nie satysfakcjonował więc zeszliśmy z trasy. Zaraz potem podeszliśmy do stanowiska regenerującego z poweredami. Wypiliśmy chyba najwięcej prosząc jeszcze o dolewkę do bidonu. Następnie udaliśmy się do myjni z kercherami. Pucując rowery poznaliśmy kilku zawodników zazdroszczącym nam niebywałej kondycji :D
Jadąc już w stronę centrum napotkaliśmy przed sobą mistrzynie polski, a zarazem srebrną medalistkę mistrzostw świata w kolarstwie górskim Anie Szafraniec.
Bardzo miła dziewczyna. Wyprzedziłem ją pytając się czy mogę powiedzieć znajomym, że ją wziąłem na prostej. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
W Centrum zaskoczony napotkałem prześladującą mnie tego dnia Kamile Kornaś we własnej osobie wraz z dwiema koleżankami.
"this is Wojtek" - powiedziała do nich po kilku sek. zastanowienia. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Kornaś kaleczyła z dwoma Kanadyjkami, które przyjechały do niej na wymianę:D
Pożegnaliśmy się, napiliśmy się jeszcze trochę powerada i sruu do Sącza.
Jakaś moc wstąpiła w moje uśpione mięśnie. Forsowaliśmy zabójcze tempo rzadko schodząc poniżej 40 km/h. Opony typu slick robią swoje na asfalcie. Pobiłem rekord prędkości:
Rozpędzając się z Krzyżówki osiągnąłem 88,08 km/h ! Ładny wynik.
Nim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Nowego Sącza. Zatrzymałem stoper i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dojechaliśmy w 41 minut ! Zapytajcie taty, ile jedzie samochodem.
W rynku spotkałem Kaśkę, Wiktora, Czaję, Anetę i wielu innych bawiących się na koncercie.
Oczywiście pojawiła się Kornaś z Kanadyjkami. Wziąłem jej kartkę ze słówkami i nawiązałem dialog na poziomie.
Na pewno mnie polubiły :D
O 22:00 dotarłem wygłodniały do domu. Ufff out of power!

