Na tę pamiętną niedzielę dostaliśmy wszyscy zaproszenie od rodowitego żeleźnikowianina- Jureckiego.
Wdrapując się na niemałą górkę ujrzeliśmy wspaniały krajobraz Sądecczyzny. Nie widząc większego ruchu na drodze uznałem, że ten zjazd to idealne miejsce na pobicie rekordu
Osiągnąłem WR: 78,8 km/h. Duma mnie rozpiera :D
Bez większych przygód dotarliśmy do Żeleźnikowej. Jura zabrał nas na kolejną górkę(wokół jest ich w piździec:D)gdzie rozpaliliśmy ognisko. Po godzinie rozpadał się straszny deszcz. Postanowiliśmy go przeczekać. 2h minęły, a nasz kolega burza nie dawał za wygraną. Nie łudząc się dłużej, że kiedykolwiek skapituluje wróciliśmy cali mokrzy do domu.(Jureckiego!:D)
Nasz miły gospodarz zaopatrzył nas w suche rzeczy i ciepłą herbatę. Zrobiliśmy nawet fotę na najsłynniejszym balkonie świata ! :D
Ale OK trzeba wrócić do rzeczywistości. Jest godzina 23:00. Ciemno jak w dupie, wszędzie mgła, pada deszcz, ślisko i niesamowicie niebezpiecznie na drodze. Jak to powiedział Maris złapała nas lekka sraka.
Nie czekając dłużej ruszyliśmy w drogę ze skąpym oświetleniem. Wcześniej nagraliśmy pożegnalny filmik dla rodziców na wypadek gdybyśmy już nigdy nie wrócili.:D
Powiedzcie mi dlaczego w XXI w. nie ma na wszystkich drogach latarni? Auta jechały nieustannie. Otaczający nas las stworzył mroczną arenę walki o uniknięcie zderzenia. Zwartą grupą przemierzaliśmy następne kilometry.
Nagle usłyszeliśmy cichy dech zwierzęcia. Z czasem stawał się co raz bliższy i głośniejszy. Jadącego z tyłu Marisa ogarnęła sraka. Połączenie ciemni lasu i gęstej mgły uniemożliwiało zobaczenie zagrożenia. Nagle na 2m przed ostatnim z nas wątpliwości zostały rozwiązane.
Był to olbrzymi...: No tak mój wierny czytelniku, ale ty już wiesz o kogo chodzi: Stary wierny towarzysz, który ma na polskich wsiach cholernie wielu braci ponownie wyszedł na spotkanie.
Jechałem z samego przodu. Usłyszałem tylko krzyk i wyprzedzających mnie niczym błyskawica towarzyszy. Instynktownie depnąłem w pedały. Obróciłem się na sekundę. Widziałem go. Rosły pies nieznanej mi rasy. Niknął w tumanach mgły. Udało nam się uciec.
Większych przygód tej nocy już nie mieliśmy. Szczęśliwie dojechaliśmy do oświetlonej strefy NS, a stamtąd spokojnie do domów.
Miewacie takie dni kiedy nie możecie znaleźć dla siebie nawet 5 min?
Wczoraj przez to przechodziłem.
Po szybkim śniadaniu ruszyłem do szkoły skąd udaliśmy się na siłownię. Tutaj wart wspomnienia jest patent Kornasia na ćwiczenie dupy (uaaaa "ale boli":D)
Szybki telefon od taty; "Masz nam pomóc"
W ten sposób następną siłownie spędziłem na świeżym powietrzu. Tym razem na działce rodziców. Przekopałem chyba całe pole.
Szybki telefon od Matysa: "Gramy w siatkę"
I tak następne 2h spędziłem na graniu w najpiękniejszą grę jaką człowiek wymyślił.
Szybki sms od Sowy; "19:30 pod fontanną"
Tak więc, szybki prysznic i sruu na rower.
Po naprawieniu naprawionych przerzutek Polci(:D) postanowiliśmy skompletować paczkę o Kuźmę mającego właśnie biegać z naszą supermenką. Oczywiście nie biegał:) Wspólnie objeździliśmy pół miasta. Znalazł się też czas na odpoczynek. Idealny czas na wyznania. Do historii przejdzie jedno z nich dt. obolałej dupy Superbohaterki uwiecznione na moim telefonie:D
Ale wracając:
Szybki telefon od taty: "Wracaj już do domu" Nie zdązyłem jeszcze wrócić jak:
Szybki telefon od siostry: "Podjedź pod mój blok"
Na miejscu złożyliśmy wspólnie życzenia najdzielniejszemu mężczyźnie na świecie: mojemu tacie. Naprawdę podziwiam go, że ze mną wytrzymuje. Trzeba być wytrwałym:)
Więcej szybkich telefonów tego dnia już nie miałem. Wykończony zakończyłem dzień w wersji hard.
Korzystając z nowej przedniej lampki ruszyliśmy w nocną podróż. Oczywiście pojawili się nasi starzy znajomi z Miami przeczepiając się do braku oświetlenia
"odblaskowe mam!"-wtórował im Wiktor. Nie miej jednak wyszliśmy jak zawsze cało.
Nie mogąc się zdecydować do kogo jedziemy zdecydowaliśmy pobawić się w małą zabawę.Otóż: dojeżdżając do najbliższego skrzyżowania pierwszy z nas mówi gdzie skręcamy, kiedy docieramy do następnego decyduje następna osoba. A więc alleluja i do przodu! "zobaczymy gdzie dojedziemy".
I tak zwiedziliśmy połowę Ns. Byliśmy blisko Kornaś, Kaśki, Miśki, ale za każdym razem jeden z nas krzyżował drugiemu plany wybierając skręt w przeciwną stronę. Każdy chciał do kogo innego Nie ma jak kompromis :D
I wędrowaliśmy tak sobie po totalnych peryferiach gdzie psy dupą szczekają. Jeden z nich wyszedł nam na spotkanie. W dodatku nie mały.
Stanęliśmy jak wryci-zaczęło się oczekiwanie na ruch przeciwnika. Okolica zamarła w głębokiej ciszy. Rosły owczarek niemiecki zmierzył nas swoim spojrzeniem.
Oczekiwanie...
Cisza...
Oczekiwanie...
Cisza...
Oczekiwanie...
Cisza...
HUK ! SZCZEK ! HUK ! SZCZEK ! HUK! SZCZEK!
Bardziej oczywistego sygnału do ucieczki mogliśmy już nigdy nie usłyszeć. Pies zerwał się niczym błyskawica. Rozpoczęła się rozpaczliwa ucieczka po okolicach których nie znaliśmy. I nagle ten niefortunny skręt w lewo. Przejechaliśmy dobre 50m jak przed naszymi oczyma ukazał się zakład mięsny
Ślepa uliczka !
Pies zatrzymał się w miejscu skrętu 50 m przed nami tryumfując. Wprawdzie wjechaliśmy szczęśliwie na teren zakładu i nie mógł się do nas dobrać, ale jedyna droga powrotu prowadziła przez miejsce jego postoju Owczarek o tym doskonale wiedział. Tak on to wiedział ! Stał cierpliwie na skrzyżowaniu.
Zrozumieliśmy naszą beznadziejną sytuację. Godzina 22:40. Może jutro z rana sobie pójdzie? A może nam nic nie zrobi? A może pojedziemy prosto na niego i jeden z nas skręci w lewo drugi w prawo biorąc na siebie jego pościg? A może zadzwonimy po rodziców?
NIE ! Wszystkie te pomysły były beznadziejne !
Nagle ku naszemu zdziwieniu z zakładu wyjechał samochód. To jest nasza jedyna szansa. Musimy puścić się za autem. Jedziemy za nim!
Za ojczyznę !
Możecie sobie wyobrazić nasze zdziwienie kiedy pies widząc taką obstawę nagle gdzieś zniknął. Zapadł się pod ziemie ! Nie zastanawialiśmy sie dłużej. 6 bieg i ile sił w nogach. Uciekliśmy! Od czasu do czasu spoglądąłem jeszcze za siebie czy nie ma za nami naszego przyjaciela. On już nie wrócił.
Zdecydowaliśmy, że kończymy naszą zabawę. Tuż przed nami zarysował się krzyż na Paściej górze. Postanowiliśmy tam wjechać i wrócić z powrotem.Tak też zrobiliśmy.
Na górze przepiękny widok na oświetlony NS ! Telefon od taty: "Gdzie jesteś?" "a tutaj pod domem zaraz przyjdę" Oczywiście pod domem nie stałem. Pożegnałem się z Maćkiem i sruuu do domu.
Co za noc ! Gdzie dojedziemy następnym razem. Czy w ogóle dojedziemy ?
Nie zrażając się dosłownie palącymi promieniami słonecznymi zabrałem się do pracy przy boisku do siatki. Zrobiliśmy z Michałem kawał porządnej roboty. Normalnie standardy europejskie ! ; D. Oczywiście jestem cały spalony.
Odwożąc Michała napotkałem szczęśliwie dwóch lowelasów z WP;Kuźmę i Karola ;) Pożuliliśmy się trochę na przystanku autobusowym mile gawędząc. Jak zawsze w naszych głowach zaczęły się pojawiać zwariowane pomysły. Po zrealizowaniu kilku z nich, o których nie chce nawet tutaj wspominać postanowiliśmy zorganizować małe zawody, kto wyciągnie więcej na prostej(oczywiście jadąc pod prąd:D) Tak więc licznik na kierownice i sruuu. Zwycięzca 1 serii Przemysław Kuźma swoim wynikiem 49,7 km/h zmobilizował mnie do wzięcia odwetu. Z powodzeniem: Prędkością 55,6 km/h po zaciekłej drugiej odsłonie pokonałem resztę stawki.
Mówię o tym jak o zawodach międzynarodowych. Wybaczcie i nie miejcie mi tego za złe :D
Na uwagę zasługuje próba Pana Karola Sekuły. Nasz niedoszły rekordzista chcąc osiągnąć jak najlepszy rezultat nie zauważył jadącego na czołówkę samochodu. Życie zawdzięcza swojemu refleksowi i moim genialnym hamulcom. Oczywiście delikatnie przekoziołkował przez kierownice kalecząc ręce. Lepsze to niż spotkanie z maską samochodu, którego kierowca odjechał grożąc mu dłonią i kilkoma bynajmniej nieciepłymi słowami.
Wracając do domu delektowałem się lekkim, nocnym wiaterkiem- balsamem na moje spalone plecy.
Ahhh te ciepłe, czerwcowe noce. Dzisiejsza była idealna- zupełnie jak w Licheniu.
Dzień istnie rowerowy i kolorowy : > Takim mały rymem zaczynam relacje z dzisiejszej przejażdżki. ;x
Nie muszę już chyba mówić, że do szkoły późno wstałem, a ratunkiem ponownie okazał się rower i paczka chusteczek.( New record: 8:07 !). Po szkole odwożąc Kaśkę zaliczyłem Chełmecką Mała Wieś(zwłaszcza, że miałem po drodze:D) Jak się później okazało o kawałku tortu i serku biszkoptowym jej mamy miałem spędzić prawie całą resztę dnia. Dzięęęki ; )
Myślałem, że wrócę spokojnym tempem do domu- Nic bardziej złudnego! Telefon od mamy: "Masz iść na mszę !" więc znowu zabójcza jazda pod Biały Klasztor. Zaraz po mszy byłem umówiony z Januszem na siłownie, ale oczywiście msza się przedłuuuuużyła i musiałem znowu zapitalać ile sił w nogach na WSB.
"Wojtuś wreszcie sobie odpoczniesz"-rzekłem sobie. ale NIE!: telefon od Wiktora: "zaraz będę pod Twoim domem dasz radę?"
Oczywiście dałem - kosztem następnych kropli potu ; >
Szybko się ściemniło. Postanowiliśmy zaliczyć sobie małego szlifa nocą. Ale gdzie; No właśnie i tu padła spontaniczna propozycja Wiktora: "Na Jamnicę do koleżanki z klasy" Troszkę km, ale ruszyliśmy w drogę. Kiedy trafiliśmy na lokalną prowadzącą już do Jamnicy nieco się rozluźniliśmy, Wiktor spuścił ręce z kierownicy. Nagle ku naszemu zdziwieniu drogę zajechali nam policjanci z Miami :D Mieliśmy dużo szczęścia- funkcjonariusze byli w dobrym humorze. Skończyło się na małym opieprzu gdzie są nasze lampki rowerowe.
Na miejscu okazało się oczywiście, że Maciek nie wie gdzie ona mieszka, a na tym zadupiu nie ma zasięgu ! Na szczęście o 23:00 po ulicach szwendają się jeszcze miłe sąsiadki. Trafiliśmy po ciemku. Dziewczyna była lekko zdziwiona nie powiem Trochę pogadaliśmy i zawróciliśmy do domów. Zdecydowałem się, ze wrócę nieco krótszą, a niebezpieczną drogą wzdłuż Kamienicy. Grrrr już tam nie pojadę o tej porze: Ciemno jak w dupie. Na szczęście bez przygód wróciłem do domu.
Dzień istnie rowerowy. Idę spać ! AAAA i mam dst z matmy ! :) Zaplanowaliśmy już kilka nowych szlifów. Dziewczyny nie śpijcie ! ;)
Znowu późno wstałem ! Nie licząc na jeżdżące wolniej ode mnie autobusy wsiadłem na rowerek. Nie mogąc sobie pozwolić na spóźnienie do szkoły wrzuciłem 6 bieg i ustanowiłem nowy rekord trasy wynoszący teraz 8:57. Ehhh gdyby nie te czerwone światło byłoby lepiej. Poniżej 30-stki nie schodziłem. Niestety pogoda była upalna. Cały spocony wbiegłem do klasy równo z dzwonkiem.
Wszystko mokre, paczka chusteczek zużyta :D
W drodze powrotnej jechałem już spokojnie nie chcąc ryzykować kolizji na ruchomych ulicach. Choć jak wiadomo nie mogłem się powstrzymać od wyprzedzeniu kilku leszczy. : >
Dzień naprawdę udany. Ehhh gdyby nie ten dop z matmy :(
Korzystając z w miarę przystępnej pogody zdecydowałem się na małą wycieczkę na miasto. W rynku spotkałem grono starych znajomych z którymi wspólnie poszlifowałem kilka kilometrów. Słoneczko wyjdź :)
W rowerze odnajduję coś czego nie jest w stanie mi dostarczy żadne inne doświadczenie. Każdy dzień spędzony na moim twardym siodełku jest jakiś inny, wyjątkowy. Tylko bike i dobra muzyka jest w stanie mnie wywieźć z dala od udręk i kłopotów życia codziennego. Jednak w czasie jazdy chowam mp3 głęboko do plecaka. Łączę się z naturą, która przyjmuje mnie mniej lub bardziej gościnnie. Ale w końcu od tego są przygody. Nie zawsze bezpieczne.