I Stało się: Cube Analog cudownie zniesiony ze strychu do garażu!
Zgodnie z planami meteorologów nastąpiło oziębienie. Jako, że inaczej interpretuję ten termin i 15 stopni na plusie traktuje jako głęboko postępującą odwilż wybrałem się z Kuźmą na pierwsze przetarcie w nowej rowerowej dekadzie.
Zasmucę was: Żadnych obrażeń i większych przygód. Chciałoby się rzec: NUDA. Rowerzysta jednak nie zna tego przymiotnika. Może pedałować nie przejeżdżając przez 1000km żadnej kury, ale nudzić się nie będzie. Zwłaszcza kiedy pcha się na przekaźnik bez kondycji. Na szczycie byliśmy wykończeni. Tragedia.
All in all, cel osiągnięty. Na szczycie zabraliśmy się za planowanie wakacyjnej wyprawy nad morze. Cel wydaje się być co raz bardziej realny.
Nie chcąc zapeszać przejdę do suchych faktów i pokuszę się o próbę podsumowania ubiegłego sezonu:
W 2010 roku zamiatałem gejowskimi pedałami na dystansie 1932 kilometrów. Zaliczyłem pielgrzymkę do Częstochowy, przebiłem rekord prędkości do 78,13 km/h jednocześnie cudem przeżywając upadek, uciekłem siedemnastu psom, pobiłem rekord jednego dnia na rowerze wynoszący teraz 235 km :D, zaliczyłem nie zaliczając pierwsze zawody rowerowe(historyczne oszustwo), stuningowałem opony i...PRZJECHAŁEM KURĘ.
Od siebie dodam, że jestem delikatnie zawiedziony. Nawet nie chciało mi się zrobić głupich 68km żeby dobić do tych dwóch tysięcy. Roweru szosowego nie kupiłem. Ale przeżyłem kawał dobrych chwil i na nic innego bym ich nie zamienił...
No chyba, że na uczenie się na konkurs z WOSu :D Brongiel zjedź mnie teraz w komentarzach. Jutro spotykamy się bez Ciebie na wiecu wyborczym Janusza P. Wszystkich serdecznie zapraszam do Hotelu Orbis na godzinę 15:00.
Postaram się was nie zanudzić w nadchodzącym sezonie :) Adios.
LINK do zdjęć z trasy: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Abowa#
Specjalnie dla Sowy starałem się żeby było miło, żeby było bezpiecznie. Skutek dosyć opłakany, ale w sumie to tylko kwestia uznania :)
Zebrawszy Karola i Kuźmę rozpoczęliśmy starą zabawę pt. "raz decydujesz ty raz decyduje ja- zobaczmy gdzie dojedziemy". W efekcie opłakanej decyzji Kuźmy trafiliśmy na szaleńczy podjazd wzdłuż Sądeckiego żółtego szlaku. Już na początku było śmiesznie niebezpiecznie. Przemek znalazł zjazd na uroczą polanę- idealne miejsce do odpoczynku. Podniecony ruszył na przedzie. Szkoda, że nie widzieliście jego zdziwienia kiedy chcąc się zatrzymać zauważył, że jedno z ramiączek od plecaka przywiązało mu się do roweru. Zrozpaczony próbował zeskoczyć z pojazdu. Skutek mógł być tylko jeden: Kuźma na glebie a rower na nim :)
Nie ma jak dobry początek! Tak jak sobie obiecaliśmy nawigowaliśmy bez mapy. Na kolejne efekty nie musieliśmy długo czekać:
Po pechowej decyzji Karola znaleźliśmy się na jakimś zadupiu z rozwścieczonymi spuszczonymi ze smyczy psami. Grrr. Czując naszą przewagę wynikającą z prędkości drwiliśmy z naszych oponentów pozwalając im się wybiegać biegnąc tuż za nami.
I tutaj niezależny obserwator uśmiałby się po pachy gdyby zobaczył naszą minę na widok ślepej uliczki:D Tak ślepej uliczki! Próbowaliśmy odstraszyć psy: bezskutecznie. Musieliśmy przystąpić do walki. Na samym końcu drogi ustawiliśmy ostatni punkt oporu. Przeciwnik oskrzydlał nas z okolicznego lasu. Nasza jedyna broń na psy umożliwiająca zabranie nas jak najdalej od nich czyli rower służyła teraz za osłonę frontu północnego. Sytuacja wobec postępującego oskrzydlenia wydawała się beznadziejna.
Jednak w tej chwili z pomocą przyszła właśnie ona. Tak to była ona: Superbabcia! Na jej jedną komendę przeciwnik zabrał się do odwrotu. W samą porę. Lżejsi o pozostawiony stres ruszyliśmy dalej.
W zasadach naszej gry zawracania jest zabronione. Także z ciężkim sercem wjechaliśmy do jedynej drogi czyli do lasu. Nadszedł zjazd. Przypominał mi nieco ten z Krynicy tylko, że w wersji bez błota. Oczywiście byłem na pół-szosówkach. Z uśmiechem na twarzy wspomniałem te istną walkę o życie z przed tyg. i tym razem odpiąłem bloki z butów SPD od pedałów. Zjazd cholernie wyboisty. Tricepsy latały na kamieniach jak galaretka. Przede mną ukazał się porządny kawałek obłoconego odcinka:
Oszczędzę wam opowieści, że tracąc panowanie nad kierownicą zauważyłem, że bloki wpięły się jednak do pedałów. Never mind. W każdym razie jestem cały...
Po drodze mniejsza wywrotkę zaliczył też Karol. <b>Pozwólcie, że przejdę jednak do akcji dnia:</b>
Zjeżdżając już asfaltem niemal u podnóża góry zauważyłem gromadkę kur pasących się na drodze. Kto mnie zna wie, że zazwyczaj podjeżdżam jak najbliżej nich po czym odstraszam je gwałtownym hamowaniem. Tymczasem nie zdążyłem podjechać jak kury wpadły w popłoch. Warto dodać, że jechałem z 40km/h. Nagle ku mojemu zdziwieniu jedna z nich zapiała: "jestem hardcorem" i wpadła mi pod koła.
W narratora zamienia się teraz Sekuła który widział wszystko z tyłu:
"Wszystkie uciekły na lewe pobocze jednak ta Kura-hardkor uciekła na prawo i wpadła centralnie pod przednie koło po czym pod tylne z którego wystrzeliła jak z procy robiąc kilka salt w powietrzu. Pióra leciały jak konfetti na ceremonii wręczania nagród MS 2010.
Wracamy do mnie: Obróciłem się do tyłu. Kura po wylądowaniu wpadła w konwulsje. Myślałem, że zaraz stamtąd odleci. Kręciła się przez 5 sek w kółko jak szalona po czym padła niczym martwa na asfalt. Pierwszy raz coś takiego widziałem.
Popatrzyliśmy na siebie po czym wybuchnęliśmy gromkim śmiechem buahahaha :D Zrobiło mi się jednak jej żal. Zasługiwała na godny pogrzeb. Chciałem usunąć kurę na pobocze, ale, że nie chciałem brudzić rąk wykonałem delikatnego kopniaka po którym kura cudownie ożyła. Co za symulant! A ja się o nią martwiłem.
Po tym incydencie zakończyliśmy naszą zabawę. Wyjechawszy w Łabowej zawróciliśmy do Sącza. Oczywiście nie mogliśmy wrócić na spokojnie nie robiąc niczego szalonego.
Na wysokości Maciejowej postanowiliśmy wskoczyć do lokalnej rzeki. Kiedy jednak wszedłem po kostki od razu zrezygnowałem. Looooodowato. Chciałem sobie usiąść przy okolicznej kaskadzie. Niestety było tam strasznie ślisko. Wybuchłem śmiechem kiedy zobaczyłem Kuźmę walczącego z równowagą. Niestety zaraz potem spotkał mnie ten sam problem. Wreszcie oboje polegliśmy: Wpadliśmy!
Zabrał nas rwący nurt uskoku. Kuźma złapał się jakiejś skały. Po czym chwycił mnie końcówkami palców ratując przed dalszym wędrowaniem z prądem. Na lądzie obejrzeliśmy starty. Skończyło się na rozdartym łokciu, udzie, łydce i delikatnej dziurce w pięcie od jakiegoś cholernego szkła.
Nieco się wysuszywszy wróciliśmy bezpiecznie do domu kończąc as the standard with safety:)
Jest to mój ostatni wpis przed wyjazdem na pierwszy większy projekt w tym roku. Większość z was prawdopodobnie wie już o jaki wyjazd chodzi. Jutro tj. 23.07 wyruszam na pielgrzymkę rowerową do Częstochowy wraz Przemkiem i Sekułą. Przed nami nieco poniżej 300km i 2 dni jazdy w ekstremalnych warunkach.
Jeśli wierzyć prognozą to pierwszego dnia będziemy smażyć się na 35 stopniach, a w sobotę dotrzemy pod Jasną Górę cali przemoczeni od ulewnych opadów.
Cóż, Let see. Jestem gotowy na wyzwanie. Dzisiejszego dnia wybraliśmy się naszą ekipą na ostatni sprawdzian przed wyjazdem.
Przepiękne wzgórza z widokiem na Rożnów były dzisiaj naszym celem. Zależało nam żeby dać sobie jak największy wycisk. W ten sposób zaraz po zjeździe szukaliśmy następnej góry. Byle jak najwyższej.
Oczywiście znalazł się czas na odpoczynek. Połakomiliśmy się na słodziutkie maliny obrośnięte dookoła tęgimi pokrzywami. Cali poparzeni ruszyliśmy w dalszą podróż.
Za najwspanialsze odkrycie wyprawy uważam położoną na samym szczycie wspaniałą kapliczkę otoczoną gałęziami potężnego, kilkuset letniego dębu. Żeby było lepiej z drzewa na które nie omieszkaliśmy się wdrapać roztacza się ujmujący widok na całe jezioro. Miejsca nie zdradzę. Szukajcie:)
Przed wyjazdem pobawiłem się nieco moim siodełkiem mającym sławę najtwardszego w mieście. Przesadziłem nieco z kątem nachylenia. Ból był niesamowity.
Przypomniałem sobie pytanie KORNASIA jak my faceci radzimy sobie ze schowaniem swojej męskości na siodełku. Odpowiedziałem wtedy, że wszystko schodzi jakoś na bok:D Gówno prawda! Teraz przekonałem się, że tak się nie dzieje. No przynajmniej nie na moim bezlitosnym siodełku : >
Ok, późno już. Jutro ruszamy o 6:00. Idę spać. Trzymajcie za nas kciuki:) Cya.
Korzystając z zaproszenia Miśki udaliśmy się tego dnia do Starego Sącza na PDM'y. Wraz z Przemkiem i Kornasiem dotarliśmy bez większych przygód na miejsce.
Kiedy leży się na trawie, a słońce bije po twarzy, zaczynają pojawiać się szalone myśli. Mnie Przemkowi oraz Wiktorowi, który do nas dołączył udzieliło się to szczególnie:D
Postanowiliśmy zabłysnąć na tle towarzystwa harcerzy pasjonujących się tarzaniem w błocie i udać się do centrum St. S. na bosaka.(1,5km)
Rozpoczęła się walka z bólem, który potęgowały niewielkie kamyczki. Oddaliliśmy go choć na chwilę wchodząc na tory na gdzie próbowałem utrzymać równowagę. Kiedy doszliśmy do rynku usłyszeliśmy delikatny dźwięk gitary i śpiewającego wokalistę. Postanowiliśmy więc zamówić sobie pizze i dołączyć się do koncertu. Nagle ktoś z nas zakrzyknął:
- Pisz do dziewczyn! W st. Sączu jest koncert SDM'u !
Dziewczyny oczywiście kiedy tylko dowiedziały się kto gra udały się w naszą stronę, a my siedzieliśmy sobie wniebowzięci przegryzając pizze oraz wsłuchując się w dźwięk muzyki. Nagle ktoś powiedział:
- Ty, a tak właściwie to kto powiedział, że to SDM ? - A nie wiem? - A to w ogóle jest ten zespół ? - No pewnie! - Na pewno? - A nie wiem :D
Tożsamości rozmówców żeby nikogo nie wkopywać nie zdradzę, ale po 5 min rozwścieczona Kornaś z Miśką rozwiały nasze wątpliwości opieprzając nas, że je oszukaliśmy.
Nagle zadzwonił telefon do Kornaś. Zagadałem się trochę z koleżanką. Nim się obejrzałem nikogo z naszej paczki już nie było. Okazało się, że Kamila ma przypał od rodziców o to, że jej nie ma w domu. Wskoczyłem na rower i dopędziłem lecących niczym wiatr towarzyszy. Na nic zdały się tłumaczenia o zepsutym rowerze. Biedna K. dostała szlaban.
Na tę pamiętną niedzielę dostaliśmy wszyscy zaproszenie od rodowitego żeleźnikowianina- Jureckiego.
Wdrapując się na niemałą górkę ujrzeliśmy wspaniały krajobraz Sądecczyzny. Nie widząc większego ruchu na drodze uznałem, że ten zjazd to idealne miejsce na pobicie rekordu
Osiągnąłem WR: 78,8 km/h. Duma mnie rozpiera :D
Bez większych przygód dotarliśmy do Żeleźnikowej. Jura zabrał nas na kolejną górkę(wokół jest ich w piździec:D)gdzie rozpaliliśmy ognisko. Po godzinie rozpadał się straszny deszcz. Postanowiliśmy go przeczekać. 2h minęły, a nasz kolega burza nie dawał za wygraną. Nie łudząc się dłużej, że kiedykolwiek skapituluje wróciliśmy cali mokrzy do domu.(Jureckiego!:D)
Nasz miły gospodarz zaopatrzył nas w suche rzeczy i ciepłą herbatę. Zrobiliśmy nawet fotę na najsłynniejszym balkonie świata ! :D
Ale OK trzeba wrócić do rzeczywistości. Jest godzina 23:00. Ciemno jak w dupie, wszędzie mgła, pada deszcz, ślisko i niesamowicie niebezpiecznie na drodze. Jak to powiedział Maris złapała nas lekka sraka.
Nie czekając dłużej ruszyliśmy w drogę ze skąpym oświetleniem. Wcześniej nagraliśmy pożegnalny filmik dla rodziców na wypadek gdybyśmy już nigdy nie wrócili.:D
Powiedzcie mi dlaczego w XXI w. nie ma na wszystkich drogach latarni? Auta jechały nieustannie. Otaczający nas las stworzył mroczną arenę walki o uniknięcie zderzenia. Zwartą grupą przemierzaliśmy następne kilometry.
Nagle usłyszeliśmy cichy dech zwierzęcia. Z czasem stawał się co raz bliższy i głośniejszy. Jadącego z tyłu Marisa ogarnęła sraka. Połączenie ciemni lasu i gęstej mgły uniemożliwiało zobaczenie zagrożenia. Nagle na 2m przed ostatnim z nas wątpliwości zostały rozwiązane.
Był to olbrzymi...: No tak mój wierny czytelniku, ale ty już wiesz o kogo chodzi: Stary wierny towarzysz, który ma na polskich wsiach cholernie wielu braci ponownie wyszedł na spotkanie.
Jechałem z samego przodu. Usłyszałem tylko krzyk i wyprzedzających mnie niczym błyskawica towarzyszy. Instynktownie depnąłem w pedały. Obróciłem się na sekundę. Widziałem go. Rosły pies nieznanej mi rasy. Niknął w tumanach mgły. Udało nam się uciec.
Większych przygód tej nocy już nie mieliśmy. Szczęśliwie dojechaliśmy do oświetlonej strefy NS, a stamtąd spokojnie do domów.
Z niepewnością patrząc w pochmurne niebo zaliczyliśmy dzisiaj trasę wokół Jeziora Rożnowskiego. Początkowo mieliśmy wybrać się na 3 korony, ale nie chcąc ryzykować zdecydowałem, że pojedziemy na krótszą trasę.
Początek nieco męczący. Powodem decyzja o wybraniu nieco dłuższej trasy po górach. Dojeżdżając do jeziora przeżyliśmy niemały stres spotykając się z kilkoma kroplami deszczu. Na szczęście nie było to nic wielkiego. Szybko się rozpogodziło, a przez niesamowite tumany chmur zaczęło przebijać się słońce.
Jeśli chodzi o samą trasę, wielokrotnie musieliśmy nawigować na czuja pomijając pozostawiające wiele do życzenia oznaczenia na mapie. Te na drodze nie były lepsze. Czy gdziekolwiek pojedziemy, gdziekolwiek skręcimy musi być zawsze czerwony szlak ? R
Mimo wszystko radziliśmy sobie dobrze. Niestety w czasie pewnego ekscytującego zjazdu kiedy to prześcigaliśmy się w ustanowieniu rekordu prędkości nie zauważyliśmy skrętu w prawo. Możecie sobie wyobrazić nasze zdziwienie kiedy droga się skończyła, a przed naszymi oczami stanęła murem wielka zapora jeziora. Żeby dojechać do drugiego brzegu wystarczyło marne 100m. Drogi jednak nie było. Pojawiła się szalona myśl, aby przeskoczyć przez bramę zagradzającą wejście na teren zapory i nią przedostać się na drugą stronę. Na szczęście nasze plany zweryfikował ochroniarz obiektu, który wychylił się za zakrętu tuż przed podjęciem decyzji o złamaniu prawa i wstąpieniu na teren obiektu. Zawróciliśmy więc na właściwy tor i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po kilku większych i mniejszych podjazdach zatoczyliśmy wreszcie kółko przeprawiając się promem na drugą stronę przy Zamku Czchowskim. Stamtąd szaleńcze tempo, aż do morderczego podjazdu na Just. I ostatnie 15 km drogą krajową z tradycyjnym na tego typu drogach szybkością 30km/h.
W rowerze odnajduję coś czego nie jest w stanie mi dostarczy żadne inne doświadczenie. Każdy dzień spędzony na moim twardym siodełku jest jakiś inny, wyjątkowy. Tylko bike i dobra muzyka jest w stanie mnie wywieźć z dala od udręk i kłopotów życia codziennego. Jednak w czasie jazdy chowam mp3 głęboko do plecaka. Łączę się z naturą, która przyjmuje mnie mniej lub bardziej gościnnie. Ale w końcu od tego są przygody. Nie zawsze bezpieczne.