Choć trwało to tak krótko, choć odczułem go jedynie delikatnie, mój pierwszy raz pozostanie mi na długo w pamięci. Posłuchajcie...
Wyruszyłem z rynku na zjazd ulicą lwowską. Jechałem jakieś 30 km/h za szafirowym Oplem Vectrą. I tak rozglądałem się nieustannie czyhając na odpowiedni moment do wyprzedzenia kiedy rozległ się pisk opon...
Zajebiście życzliwy kierowca Opla ratował się przed nie przejechaniem przechodzącej przez pasy blondi idiotki. Szafirowa Vectra stanęła dęba przed pasami... Na szczęście dostałem prezent w postaci 0,5 sekundy na podjęcie decyzji o hamowaniu.
"*****"- nie zdążyłem powiedzieć
Jadąc półtorej metra za samochodem masz tylko dwie opcje:
Albo zacisnąć z całej siły tylni hamulec rozwalając sobie rower i bagażnik jadącego przed tobą samochodu Albo szatańskie combo połączenie przedni+tylny+szykuj się na lot.
Nie powiem że w ciągu tej 0,5 sek. się zastanawiałem, to był automatyzm:
Wybrałem połączenie Combo.
Hydrauliczne tarczówki(kocham je!) spisały się jak tego oczekiwałem. Rower Stanął w miejscu, a ja jakby to powiedziała prof. G. zabrałem się do take offu. Touchnąłem down mniej więcej na dachu samochodu.
Sam się sobie dziwię, ale zachowałem się jak Król Spokoju. Jak gdyby nigdy nic rozejrzałem się dookoła, zeskoczyłem na dół i zapukałem do zajebiście życzliwego kierowcy Opla Vectry. Automatyczna szyba się otworzyła i rozpoczął się dialog(właściwie monolog)
Krótko mówiąc: kierowca nie był Królem Spokoju :D Lwowska stanęła w korku. Życzliwiec rozpoczął przemowę w jakimś nie znanym mi języku z narzecza kurwa-ja pierdole.
Ja zaś, Król spokoju, wskazałem mu jedynie na tył samochodu, który nie nosił znamion jakiegokolwiek kontaktu z ciałem obcym.
Życzliwiec rzucił tylko jeszcze jedno mongolskie pozdrowienie i rozstaliśmy się. Gapiowie się rozeszli, Lwowska wróciła do życia.
Wróciłem do mojego roweru, do tej pory o nim nie myślałem. Na szczęście wymagał jedynie drobnych regulacji i założenia łańcucha.
Nieświadomy jeszcze tego co się stało wróciłem do domu i tam dopiero do mnie doszło. To był mój pierwszy wypadek samochodowy! Mój pierwszy raz !
Ostatnio w szkole męczą nas niemiłosiernie... Tata wrócił z wywiadówki, nie wiem jakim cudem odż wyliczyła że w ciągu ostatnich 2 tygodniu liczba godzin nieusprawiedliwionych wzrosła mi o 26, ale pozostawiam to w głębokim poważaniu. Nie mogę naturalnie nie wspomnieć o sobotniej 18-tce Czaji. Zabawa była przednia. Szkoda, że nie widziałem was trzeźwiejących :) Cóż:
Działo się nie mało, plotek jeszcze więcej powstało xD
I Stało się: Cube Analog cudownie zniesiony ze strychu do garażu!
Zgodnie z planami meteorologów nastąpiło oziębienie. Jako, że inaczej interpretuję ten termin i 15 stopni na plusie traktuje jako głęboko postępującą odwilż wybrałem się z Kuźmą na pierwsze przetarcie w nowej rowerowej dekadzie.
Zasmucę was: Żadnych obrażeń i większych przygód. Chciałoby się rzec: NUDA. Rowerzysta jednak nie zna tego przymiotnika. Może pedałować nie przejeżdżając przez 1000km żadnej kury, ale nudzić się nie będzie. Zwłaszcza kiedy pcha się na przekaźnik bez kondycji. Na szczycie byliśmy wykończeni. Tragedia.
All in all, cel osiągnięty. Na szczycie zabraliśmy się za planowanie wakacyjnej wyprawy nad morze. Cel wydaje się być co raz bardziej realny.
Nie chcąc zapeszać przejdę do suchych faktów i pokuszę się o próbę podsumowania ubiegłego sezonu:
W 2010 roku zamiatałem gejowskimi pedałami na dystansie 1932 kilometrów. Zaliczyłem pielgrzymkę do Częstochowy, przebiłem rekord prędkości do 78,13 km/h jednocześnie cudem przeżywając upadek, uciekłem siedemnastu psom, pobiłem rekord jednego dnia na rowerze wynoszący teraz 235 km :D, zaliczyłem nie zaliczając pierwsze zawody rowerowe(historyczne oszustwo), stuningowałem opony i...PRZJECHAŁEM KURĘ.
Od siebie dodam, że jestem delikatnie zawiedziony. Nawet nie chciało mi się zrobić głupich 68km żeby dobić do tych dwóch tysięcy. Roweru szosowego nie kupiłem. Ale przeżyłem kawał dobrych chwil i na nic innego bym ich nie zamienił...
No chyba, że na uczenie się na konkurs z WOSu :D Brongiel zjedź mnie teraz w komentarzach. Jutro spotykamy się bez Ciebie na wiecu wyborczym Janusza P. Wszystkich serdecznie zapraszam do Hotelu Orbis na godzinę 15:00.
Postaram się was nie zanudzić w nadchodzącym sezonie :) Adios.
LINK do zdjęć z trasy: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Abowa#
Specjalnie dla Sowy starałem się żeby było miło, żeby było bezpiecznie. Skutek dosyć opłakany, ale w sumie to tylko kwestia uznania :)
Zebrawszy Karola i Kuźmę rozpoczęliśmy starą zabawę pt. "raz decydujesz ty raz decyduje ja- zobaczmy gdzie dojedziemy". W efekcie opłakanej decyzji Kuźmy trafiliśmy na szaleńczy podjazd wzdłuż Sądeckiego żółtego szlaku. Już na początku było śmiesznie niebezpiecznie. Przemek znalazł zjazd na uroczą polanę- idealne miejsce do odpoczynku. Podniecony ruszył na przedzie. Szkoda, że nie widzieliście jego zdziwienia kiedy chcąc się zatrzymać zauważył, że jedno z ramiączek od plecaka przywiązało mu się do roweru. Zrozpaczony próbował zeskoczyć z pojazdu. Skutek mógł być tylko jeden: Kuźma na glebie a rower na nim :)
Nie ma jak dobry początek! Tak jak sobie obiecaliśmy nawigowaliśmy bez mapy. Na kolejne efekty nie musieliśmy długo czekać:
Po pechowej decyzji Karola znaleźliśmy się na jakimś zadupiu z rozwścieczonymi spuszczonymi ze smyczy psami. Grrr. Czując naszą przewagę wynikającą z prędkości drwiliśmy z naszych oponentów pozwalając im się wybiegać biegnąc tuż za nami.
I tutaj niezależny obserwator uśmiałby się po pachy gdyby zobaczył naszą minę na widok ślepej uliczki:D Tak ślepej uliczki! Próbowaliśmy odstraszyć psy: bezskutecznie. Musieliśmy przystąpić do walki. Na samym końcu drogi ustawiliśmy ostatni punkt oporu. Przeciwnik oskrzydlał nas z okolicznego lasu. Nasza jedyna broń na psy umożliwiająca zabranie nas jak najdalej od nich czyli rower służyła teraz za osłonę frontu północnego. Sytuacja wobec postępującego oskrzydlenia wydawała się beznadziejna.
Jednak w tej chwili z pomocą przyszła właśnie ona. Tak to była ona: Superbabcia! Na jej jedną komendę przeciwnik zabrał się do odwrotu. W samą porę. Lżejsi o pozostawiony stres ruszyliśmy dalej.
W zasadach naszej gry zawracania jest zabronione. Także z ciężkim sercem wjechaliśmy do jedynej drogi czyli do lasu. Nadszedł zjazd. Przypominał mi nieco ten z Krynicy tylko, że w wersji bez błota. Oczywiście byłem na pół-szosówkach. Z uśmiechem na twarzy wspomniałem te istną walkę o życie z przed tyg. i tym razem odpiąłem bloki z butów SPD od pedałów. Zjazd cholernie wyboisty. Tricepsy latały na kamieniach jak galaretka. Przede mną ukazał się porządny kawałek obłoconego odcinka:
Oszczędzę wam opowieści, że tracąc panowanie nad kierownicą zauważyłem, że bloki wpięły się jednak do pedałów. Never mind. W każdym razie jestem cały...
Po drodze mniejsza wywrotkę zaliczył też Karol. <b>Pozwólcie, że przejdę jednak do akcji dnia:</b>
Zjeżdżając już asfaltem niemal u podnóża góry zauważyłem gromadkę kur pasących się na drodze. Kto mnie zna wie, że zazwyczaj podjeżdżam jak najbliżej nich po czym odstraszam je gwałtownym hamowaniem. Tymczasem nie zdążyłem podjechać jak kury wpadły w popłoch. Warto dodać, że jechałem z 40km/h. Nagle ku mojemu zdziwieniu jedna z nich zapiała: "jestem hardcorem" i wpadła mi pod koła.
W narratora zamienia się teraz Sekuła który widział wszystko z tyłu:
"Wszystkie uciekły na lewe pobocze jednak ta Kura-hardkor uciekła na prawo i wpadła centralnie pod przednie koło po czym pod tylne z którego wystrzeliła jak z procy robiąc kilka salt w powietrzu. Pióra leciały jak konfetti na ceremonii wręczania nagród MS 2010.
Wracamy do mnie: Obróciłem się do tyłu. Kura po wylądowaniu wpadła w konwulsje. Myślałem, że zaraz stamtąd odleci. Kręciła się przez 5 sek w kółko jak szalona po czym padła niczym martwa na asfalt. Pierwszy raz coś takiego widziałem.
Popatrzyliśmy na siebie po czym wybuchnęliśmy gromkim śmiechem buahahaha :D Zrobiło mi się jednak jej żal. Zasługiwała na godny pogrzeb. Chciałem usunąć kurę na pobocze, ale, że nie chciałem brudzić rąk wykonałem delikatnego kopniaka po którym kura cudownie ożyła. Co za symulant! A ja się o nią martwiłem.
Po tym incydencie zakończyliśmy naszą zabawę. Wyjechawszy w Łabowej zawróciliśmy do Sącza. Oczywiście nie mogliśmy wrócić na spokojnie nie robiąc niczego szalonego.
Na wysokości Maciejowej postanowiliśmy wskoczyć do lokalnej rzeki. Kiedy jednak wszedłem po kostki od razu zrezygnowałem. Looooodowato. Chciałem sobie usiąść przy okolicznej kaskadzie. Niestety było tam strasznie ślisko. Wybuchłem śmiechem kiedy zobaczyłem Kuźmę walczącego z równowagą. Niestety zaraz potem spotkał mnie ten sam problem. Wreszcie oboje polegliśmy: Wpadliśmy!
Zabrał nas rwący nurt uskoku. Kuźma złapał się jakiejś skały. Po czym chwycił mnie końcówkami palców ratując przed dalszym wędrowaniem z prądem. Na lądzie obejrzeliśmy starty. Skończyło się na rozdartym łokciu, udzie, łydce i delikatnej dziurce w pięcie od jakiegoś cholernego szkła.
Nieco się wysuszywszy wróciliśmy bezpiecznie do domu kończąc as the standard with safety:)
14 sierpnia o godzinie 11:00 z Krynicy ruszył 8 etap maratonu rowerowego z cyklu powerade mtb. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Posłuchajcie:
W nocy z 13 na 14 sierpnia spałem ledwie 3 godziny. Wiedziałem, że w takim stanie o jakiejś ambitniejszej rywalizacji nie ma mowy. Darek nie chciał jednak słyszeć o tym, że nie jadę. Punktualnie o godz. 9 zjawił się pod domem. Zawiedziony ruszyłem z nim w drogę.
Starałem się na każdym kroku spowalniać naszą jazdę. Dotarliśmy spóźnieni o 15 min. Wszyscy już wystartowali. My (tzn.tego dnia Darek:D) jednak nigdy się nie poddajemy. Ruszyliśmy w pogoń. Na starcie postanowiliśmy podjąć ryzyko i nie tracić czasu na zmianę opon z szosowych na terenowe. I na początku się opłaciło. Doganialiśmy pierwszych zawodników. Wszystkich na terenowych oponach z olbrzymim bieżnikiem...
Po kilku kilometrach zrozumieliśmy swoją głupotę. Dotarliśmy do lasu. Przed nami pojawił się niesamowicie stromy zjazd ze ścianą błota. Na zawodach nie masz czasu na chwilę zastanowienia.
Albo prowadzisz tracąc dużo czasu. Albo zjeżdżasz sporo ryzkując.
Wybrałem tę drugą opcję. Cóż za głupota. Hamulce okazały się bezużyteczne. Straciłem kontrolę nad rowerem. Mogłem tylko kurczowo trzymać kierownicę . Szczęśliwie pozostawałem na trasie mijając następne drzewa. Rower nabierał prędkości. Puściłem hamulce i zdecydowałem się zeskoczyć z roweru. Bezskutecznie: Moje wpinane bloki z butów SPD całkowicie zablokowały się w obłoconych pedałach.
Stałem się więźniem własnego roweru. Docierałem z zawrotną prędkością do podnóża góry. Odrobina wiary wypełniła moje serce: "może nie natrafię na żaden zakręt "- pomyślałem
Jednak w sekundzie resztki nadziei zmiotła wielka kosmata panika. Przez zmrużone od bryzgającego błota oczy ujrzałem zakręt. Rzucił mi wyzwanie: Bardzo niesprawiedliwe wyzwanie.
Byłem bez szans na wymanewrowanie. Chwyciłem tylko jeszcze mocniej kierownicę. Przestrzeliłem zakręt... I tutaj szczęście w nieszczęściu: Między gęsto rosnącymi drzewami rósł dłuuugi pas wysokich krzaków, krzaczków i innej zieleni. Wpadłem w ten gąszcz na pełnej prędkości, górka na szczęście już się skończyła. Karczowałem następne centymetry hamując z co raz większym powodzeniem. Wreszcie wyhamowałem.
Cisza.
"Kamień z serca". Nabuzowany adrenaliną wróciłem na trasę spotykając Darka
Zdecydowaliśmy, że taka jazda nie ma sensu. Podpedałowaliśmy trochę do góry i dotarliśmy do rozjazdu. Kamienista ubita droga wydała nam się zdecydowanie lepszą alternatywą niż wytyczona specjalnie dla maratonu górka pokryta znanym już nam błotem.
I tak już spokojnie przemierzaliśmy kolejne kilometry po bezpiecznej trasie kiedy złączyliśmy się nagle z trasą maratonu. Ponieważ prowadziła już po kostce brukowej zdecydowaliśmy się zjechać nią do miasta. Tymczasem spekerzy krzyczą nam, że mamy 10 minut straty do 1 miejsca. Wyjechaliśmy odpowiednio na 2 i 3 :D
Dojeżdżając do deptaku na którym mieściła się meta przywitały nas gromkie brawa publiczności zachęcającej do walki. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Darkiem. Kurde:D Trzeba się z tego jakoś wymigać, przecież jedziemy na czarno bez zapisania. Pomiędzy banderami 300m przed metą znalazłem małą lukę. Nie zastanawiając się, wjechałem w nią. Nabuzowana widownia napominała nas, że pomyliliśmy trasę. Chcąc jak najszybciej od nich uciec postanowiłem zjechać ze znajdujących się obok schodów. Nie przewidziałem jednak, że będą tak strome. Przeleciałem nad nimi lądując na przednim kole.
Publiczność wstrzymała oddech. Razem ze mną. Na szczęście wyprowadziłem rower do poziomu.
"Dlaczego musimy być zawsze w centrum uwagi?"- pomyślałem. Nie widząc innej drogi musieliśmy skierować się do campusów dla zawodników za metą. Czasem trzeba przybrać kawał drania jeśli chce się uniknąć konsekwencji. Założyłem więc koszulkę z Tour de Pologne i udawałem zawodnika. Podleciały do nas dwie reporterki, którym udzieliliśmy wywiadu. Zaskoczonym fankom tłumaczyliśmy, że wynik nas nie satysfakcjonował więc zeszliśmy z trasy. Zaraz potem podeszliśmy do stanowiska regenerującego z poweredami. Wypiliśmy chyba najwięcej prosząc jeszcze o dolewkę do bidonu. Następnie udaliśmy się do myjni z kercherami. Pucując rowery poznaliśmy kilku zawodników zazdroszczącym nam niebywałej kondycji :D
Jadąc już w stronę centrum napotkaliśmy przed sobą mistrzynie polski, a zarazem srebrną medalistkę mistrzostw świata w kolarstwie górskim Anie Szafraniec. Bardzo miła dziewczyna. Wyprzedziłem ją pytając się czy mogę powiedzieć znajomym, że ją wziąłem na prostej. Uśmiechnęła się porozumiewawczo. W Centrum zaskoczony napotkałem prześladującą mnie tego dnia Kamile Kornaś we własnej osobie wraz z dwiema koleżankami.
"this is Wojtek" - powiedziała do nich po kilku sek. zastanowienia. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Kornaś kaleczyła z dwoma Kanadyjkami, które przyjechały do niej na wymianę:D Pożegnaliśmy się, napiliśmy się jeszcze trochę powerada i sruu do Sącza.
Jakaś moc wstąpiła w moje uśpione mięśnie. Forsowaliśmy zabójcze tempo rzadko schodząc poniżej 40 km/h. Opony typu slick robią swoje na asfalcie. Pobiłem rekord prędkości: Rozpędzając się z Krzyżówki osiągnąłem 88,08 km/h ! Ładny wynik. Nim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Nowego Sącza. Zatrzymałem stoper i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dojechaliśmy w 41 minut ! Zapytajcie taty, ile jedzie samochodem.
W rynku spotkałem Kaśkę, Wiktora, Czaję, Anetę i wielu innych bawiących się na koncercie. Oczywiście pojawiła się Kornaś z Kanadyjkami. Wziąłem jej kartkę ze słówkami i nawiązałem dialog na poziomie. Na pewno mnie polubiły :D
O 22:00 dotarłem wygłodniały do domu. Ufff out of power!
Ostatnimi czasy borykałem się z frustrującymi problemami technicznymi. Już niedługo dojdzie nowa przerzutka i ruszam pełną parą !
Tymczasem w czasie dzisiejszej przejażdżki zapoznawczej natknąłem się niespodzianie na pewne dwie urocze dziewczyny leżące przy szosie. Szybko rozpoznałem znajome twarze Kamili i Miśki. Pani Kornaś leżała w bezruchu. Miśka szybko wytłumaczyła mi, że jej towarzyszka udaje zwłoki. Dobrze wiedzieć! :D Oczywiście Kornaś długo nie wytrzymała i wybuchła swoim charakterystycznym śmiechem. Coś w tym stylu: Wiem, że mnie lubisz <3 Miśka zaproponowała, żeby odprowadzić ją do domu trasą wiodącą wzdłuż rejonów w których się wychowałem. Szybko się zgodziłem. Wróciły stare wspomnienia. W czasie przechadzki przyznałem się tworzącym balony z gum do żucia dziewczynom iż do dziś nikt mnie nie nauczył jak to się robi. Nauczycielki wzięły się do roboty i już po 5 min. tworzyłem równie wielkie cuda. Rozochocony zaproponowałem nawet Kamili kto zrobi większą. Po zaciekłej walce z emocjonującymi dogrywkami uległem zdaniem sprawiedliwej sędzinie Miśki 3 do 0 :(
Żeby przyspieszyć naszą wędrówkę zaproponowałem Miśce przejażdżkę na ramie. Dzielna dziewczyna wytrzymała kontakt z aluminiowym Cubą. Po mniejszych perypetiach dotarliśmy wreszcie do Rdst. Tym samym moja dawna obietnica została spełniona.
Po obaczeniu domu Miśki z jej specjalnie wysprzątanym pokojem włącznie ruszyliśmy z Kornaś w drogę powrotną. Kamila imponowała szczytową formą na podjazdach także całkiem szybko dotarliśmy do Tęgoborzy ; >
Po odpoczynku z uroczym widokiem na jezioro ruszyliśmy i dotarliśmy do Dąbrowej. Tym samym kolejna obietnica spełniona. Druga pieczeń upieczona. Napojony i wypoczęty ruszyłem do domu z ambitnymi planami na czwartek.
Zapadł zmrok a z tyłu padła mi lampka. Ratowałem się przednią, świecąc na przemian to z przodu to z tyłu. Dzień dobiegł końca:)
Pobudka o 6:00, szybkie śniadanie i jako pierwsi wyruszyliśmy w dalszą podróż. Po ulewnej nocy, wszystkie wcześniej uprane rzeczy do niczego się nie nadawały. Na drogach nieustannie siąpiło. Pogoda była beznadziejna.
Nagle zerwał się niesamowity wiatr. Odetchnęliśmy z ulgą, że nie jedziemy pod niego. Na 30 km spełniły się jednak nasze skryte przypuszczenia. Skręcając na lewo dostaliśmy się idealnie w epicentrum działania wiatru. Jechało się tragicznie. W czasie zjazdu byłem zmuszony zmienić ustawienie przerzutek na te które zwykle ustawiam na podjazdy. Wiatr niemiłosiernie hamował nasze ruchy. W dodatku po wczorajszym dniu moje przerzutki zaczęły szwankować. O dziewiątce nie miałem co marzyć.
Mimo wszystkich przeciwności dawaliśmy z siebie wszystko. Po 50 km nieustannej jazdy pod wiatr skręciliśmy na prawo na drogę wojewódzką. Co za ulga. Poczułem się o połowę lżejszy.
O godzinie 10:30 dojechaliśmy na zaplanowany na mapie obiad. Byliśmy strasznie zdenerwowani. Lokal był obskurny, babka stwierdziła, iż organizator spodziewał się, że grupa przyjedzie tu o 15:00 więc obiadu jeszcze nie ma. Musieliśmy zamówić wszystko na swój koszt. Dodatkowo na mapie pojawiło się nieszczęsne oznaczenie "po ok 10 w lewo" Odczytaliśmy je jako skręt w lewo po 10km. Po przejechaniu 10km nie widząc żadnego lokalu zdecydowaliśmy się zawrócić. Okazało się, że chodziło o 10 metrów!
O godzinie 14:15 dojechaliśmy na planowane miejsce noclegowe w Piaskach. Postanowiliśmy nie czekać 3 godzin na resztę grupy i ruszyć na własną rękę do Częstochowy. Organizatorowi tradycyjnie przekazaliśmy, że będziemy nocować u babci, której oczywiście nie mamy. Nie omieszkałem zostawić dziadkom na asfalcie powiadomienia, że byliśmy tu pierwsi. Sądząc po ich chłodnym przywitaniu dnia następnego wiadomość została odczytana :D
Koło 16:00 dotarliśmy do celu. Częstochowa przywitała nas zaczepnym deszczem. Po zakupach w Lidlu i obiedzie w KFC zameldowaliśmy się w Hali Pielgrzyma. Warunki były wspaniałe. Po ciepłym prysznicu skoczyliśmy na apel jasnogórski i poszliśmy wykończeni spać. Dzień drugi wraz z całą pielgrzymką dobiegł końca:)
W sumie zrobiliśmy 286 km w czasie 12:32. Za nami wiele przeciwności i kryzysów. Ale czy ktoś powie, że nie było warto ? Nie:) Wracając autobusem dogadaliśmy szczegóły następnego wielkiego projektu tego roku. Czekamy na stanowisko rodziców. Wkrótce wszystkiego się dowiecie.
Godzina 6:30. Na zewnątrz lekka mgła. Ruszamy na największa wyprawę tego roku Posłuchajcie:
Zbiórka uczestników odbyła się w Trzetrzewinie. Na miejscu spotkaliśmy naszych starych znajomych z przed roku- grupę DZIADKÓW czyli uzbrojonych w kolarzówki naszych największych przeciwników.
Tutaj musimy się na chwilę zatrzymać aby wszystko zrozumieć. Grupa dziadków nie jest w rzeczywistości w wieku emerytalnym. Składa się po prostu z 5-osobowej grupy dorosłych kolarzy po 30-tce. Dlaczego za sobą nie przepadamy?
Otóż od zeszłego roku nieustannie rywalizujemy o pierwsze miejsca na noclegowniach, obiadach itp. Mający przewagę technologiczną dziadkowie co roku odgrażają się, że nas odstawią. My za to nigdy nie dajemy za wygraną. Na ubiegłorocznej pielgrzymce dziadkowie przegrali z kretesem. Dzisiaj pełni żądzy rewanżu ruszyli na samym czele 49 osobowej grupy pielgrzymów.
Kiedy zaczęły się góry magiczne możliwości ich rowerów dobiegły kresu. Szybko zniknęli za naszymi plecami. Używam cały czas liczby mnogiej, ale kogo mam na myśli?
Otóż w tym roku zebraliśmy się w 4-osobową grupę w składzie: Ja, Darek czyli perła Podegrodzia oraz Przemek i Emre Sekuła.
Zaczęło się tragicznie. Albo inaczej: zaczęło się źle a mogło skończyć tragicznie.
Dotarliśmy do zjazdu który miał nas doprowadzić do Łososiny za olbrzymim Justem. Postanowiłem zawalczyć o rekord prędkości. Wpatrzony tylko w licznik pedałowałem na maksa. Kiedy doszedłem do 78 czyli aktualnego rekordu spojrzałem przed siebie.
Ogarnęło mnie przerażenie... 20m przede mną widniał zakręt o kącie ponad 120 stopni. Chwyciłem za oba hamulce. Było już za późno, droga się skończyła. Życie uratowałem zeskakując w ostatniej chwili z roweru. Wpadłem do rowu w którym na szczęście nie było żadnego konara. Napompowany adrenaliną od razu wstałem upewniając się, czy wszystkie części ciała funkcjonują. Koledzy jadący za mną w panice pytali czy żyję. Przeżyłem wiele wypadków, nie wiem jak to wyglądało, jeśli wierzyć Kuźmie to tragicznie. Jak sam przyznał kiedy dojeżdżał do miejsca wypadku wyobrażał już sobie karetkę pogotowia i rozczarowane miny moich rodziców.
Pani Jasnogórska, Dziękuję i przepraszam za głupotę. Tyle mogę powiedzieć.
Po zdezynfekowaniu obrażeń rzuciłem okiem na rower. Wyglądał okropnie. Kierownica przekręcona, koło całkowicie scentrowane, napęd nie działał. Zrezygnowany uderzyłem w niego. Naprawił się!(napęd) Ruszyliśmy w dalszą trasę.
Na domiar złego okazało się, że sytuacja z Krk się powtórzyła. Pomyliliśmy trasy i wyjechaliśmy w Tgb czyli po złej stronie Justu. Wjechaliśmy na szczyt na pełnych obrotach ścigając naszych rywali. Zastaliśmy ich odpoczywających na Cpn'ie w Łososinie. Chcąc ich zgubić zrezygnowaliśmy z postoju.
Rozpoczęło się 5h umierania. Z piekącymi ranami i zepsutym rowerem trzymałem się na kole za towarzyszami nadającymi tradycyjnie szalone tempo. Na obiad zaplanowany na 12 dotarliśmy o 10:30. Po zjedzeniu i chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. I tutaj przyjemny obrazek. Naszym oczom ukazali się Dziadkowie.
"Obiad jest tam"- rzekli ucieszeni. "Wiemy jesteśmy już po"- odpowiedzieliśmy zaczepnie "Ale, ale to ....: NIEMOŻLIWE"- rzekł Lider dziadków z klubu Sokoła Tarnów.
Widząc jego smutną minę odczuliśmy olbrzymią satysfakcję.
Nie słuchając przechodniów odradzających nam jazdę skrótem przez las wpadliśmy w olbrzymie bagno. Zgubiłem telefon, który na szczęście szybko znalazł Przemek. Darek zaliczył niegroźny upadek. Na asfalt wyjechaliśmy lżejsi o połowę.
Na 90km zauważyliśmy jakaś znajoma twarz po 30-tce jadącą na semi-kolarce. Okazało się, że to jeden z pielgrzymowiczów. Nie mogliśmy zrozumieć jakim cudem znalazł się przed nami. Kiedy o to zapytaliśmy był święcie przekonany, że jedzie za dziadkami. Zaraz wszystko zrozumieliśmy. Otóż Marek, bo tak miał na imię jechał razem z dziadkami, ale jak sam przyznał dyktowali takie tempo jakby kogoś gonili(chyba wiemy o kogo chodzi:) i nie był w stanie się za nimi utrzymać. Okazało się, że nie zauważył potem na mapie miejsca postojowego na obiad. W ten sposób znalazł się na samym czele.
Po 8km zgubiliśmy naszego nowego towarzysza.
Kiedy docieraliśmy już do miejsca noclegowego zaczęło niesamowicie grzmieć. Rozpętała się straszna burza. Byliśmy świadkami tragedii ludzkiej. Domy dookoła były pozalewane. Woda wyszła na drogę. Jechaliśmy przez istną rzekę. Przez szosę próbowały się przebić samochody straży pożarnej. Straszny widok i to dosłownie po 2h opadów. Powodem była zatkana kanalizacja. Co za głupota...
Cali mokrzy i ubłoceni dojechaliśmy do miejsca noclegowego. Poszliśmy do baru. Staliśmy już prawie 20min w kolejce z powodu lokalnych alkoholików, którzy kupowali piwo i to dosłownie hurtowo. Nagle odgarnął ich wszystkich znany już nam towarzysz, Marek.
-"Proszę mi podać piwo, ZIMNE ! i hamburgera do tego bo chce mi się jeść "
Zdezorientowani pijacy nie wiedzieli co się dzieje. Marek zaraz się z nimi spoufalił. Po 5 min. z wypiekami na twarzy słuchaliśmy jak jeden z nich zwierzał mu się z problemów łóżkowych ze swoją żoną.
Kiedy wróciliśmy spotkaliśmy dziadków przekonanych, że dojechali pierwsi. Nie omieszkałem wyprowadzić ich z błędu:)
Nocleg odbywał się w sali gimnastycznej położonej na terenie lokalnej plebani. Zajęliśmy pokój w którym najwyraźniej spały jakieś cygany. Śmierdziało jak w... Zawsze to lepsza alternatywa niż spania na podłodze z dziadkami.
Dookoła poukładane były butelki po alkoholu, a na parapecie siedział poradnik do Seksu i masturbacji. Ładna mi plebania :D Dzień 1 dobiegł końca. Link do zdjęć: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Czestochowa
Jest to mój ostatni wpis przed wyjazdem na pierwszy większy projekt w tym roku. Większość z was prawdopodobnie wie już o jaki wyjazd chodzi. Jutro tj. 23.07 wyruszam na pielgrzymkę rowerową do Częstochowy wraz Przemkiem i Sekułą. Przed nami nieco poniżej 300km i 2 dni jazdy w ekstremalnych warunkach.
Jeśli wierzyć prognozą to pierwszego dnia będziemy smażyć się na 35 stopniach, a w sobotę dotrzemy pod Jasną Górę cali przemoczeni od ulewnych opadów.
Cóż, Let see. Jestem gotowy na wyzwanie. Dzisiejszego dnia wybraliśmy się naszą ekipą na ostatni sprawdzian przed wyjazdem.
Przepiękne wzgórza z widokiem na Rożnów były dzisiaj naszym celem. Zależało nam żeby dać sobie jak największy wycisk. W ten sposób zaraz po zjeździe szukaliśmy następnej góry. Byle jak najwyższej.
Oczywiście znalazł się czas na odpoczynek. Połakomiliśmy się na słodziutkie maliny obrośnięte dookoła tęgimi pokrzywami. Cali poparzeni ruszyliśmy w dalszą podróż.
Za najwspanialsze odkrycie wyprawy uważam położoną na samym szczycie wspaniałą kapliczkę otoczoną gałęziami potężnego, kilkuset letniego dębu. Żeby było lepiej z drzewa na które nie omieszkaliśmy się wdrapać roztacza się ujmujący widok na całe jezioro. Miejsca nie zdradzę. Szukajcie:)
Przed wyjazdem pobawiłem się nieco moim siodełkiem mającym sławę najtwardszego w mieście. Przesadziłem nieco z kątem nachylenia. Ból był niesamowity.
Przypomniałem sobie pytanie KORNASIA jak my faceci radzimy sobie ze schowaniem swojej męskości na siodełku. Odpowiedziałem wtedy, że wszystko schodzi jakoś na bok:D Gówno prawda! Teraz przekonałem się, że tak się nie dzieje. No przynajmniej nie na moim bezlitosnym siodełku : >
Ok, późno już. Jutro ruszamy o 6:00. Idę spać. Trzymajcie za nas kciuki:) Cya.
Pograliśmy dzisiaj ładne 3 godziny w siatkę, potem na święto dzieci gór do rynku i z powrotem.
W domu niemałe zaskoczenie. 1000km na liczniku :)
Tak więc, mam zaszczyt państwu ogłosić iż od maja tego roku zrobiłem 1000km w dosyć słabym czasie 58h. Czyli w 2,5 dnia. Wiele z tych wycieczek nie opisywałem na blogu dlatego też na bikestats wartość km jest obniżona.
Jeśli zdrowie dopisze to nie mam wątpliwości, że w wakacje skończę drugi tysiąc:p
Tak to już w życiu bywa: ludzie dorastają, żenią się, budują domy. No tak, ale ktoś musi przy tym harować. Zupełnie jak ja.
Uprzedzam od razu. Dorastanie i stawianie własnego domu jeszcze przede mną o zmianie stanu cywilnego nawet nie wspominając :) Chodzi oczywiście o mojego starszego brata, który zaoferował mi pracę w zamian za piwniczankę, wielgachny kawałek szynki i oczywiście ciepłe słowo.
Tak więc na rowerek i Siedlce witają.
Po skończonej robocie szybki obiad i na WSB. Tym razem nie na siłownię, a na tenisa. Wiktor zaoferował sprawdzenie moich kortowych umiejętności. Chyba nie wypadłem źle. Mój oponent stawiał opór, ale wyniku z czystej życzliwości nie zdradzę :p
Wracając z kortu wpadłem "przypadkowo" na obchodzącą swoje 17 urodziny Kingę Nowacką, której z tego miejsca jeszcze raz składam życzenia:)
Ostatnio mało piszę, ale zwyczajnie nie ma o czym. Codziennych 15km tras nie będę wam po prostu opisywał.
Już wkrótce dwa wielkie projekty. O których na razie nie wspominam Jedno jest pewne: Będzie się jeszcze działo.
W rowerze odnajduję coś czego nie jest w stanie mi dostarczy żadne inne doświadczenie. Każdy dzień spędzony na moim twardym siodełku jest jakiś inny, wyjątkowy. Tylko bike i dobra muzyka jest w stanie mnie wywieźć z dala od udręk i kłopotów życia codziennego. Jednak w czasie jazdy chowam mp3 głęboko do plecaka. Łączę się z naturą, która przyjmuje mnie mniej lub bardziej gościnnie. Ale w końcu od tego są przygody. Nie zawsze bezpieczne.