Częstochowa Coverage | Day 1

Piątek, 23 lipca 2010 · Komentarze(2)
Godzina 6:30. Na zewnątrz lekka mgła. Ruszamy na największa wyprawę tego roku Posłuchajcie:

Zbiórka uczestników odbyła się w Trzetrzewinie. Na miejscu spotkaliśmy naszych starych znajomych z przed roku- grupę DZIADKÓW czyli uzbrojonych w kolarzówki naszych największych przeciwników.

Tutaj musimy się na chwilę zatrzymać aby wszystko zrozumieć.
Grupa dziadków nie jest w rzeczywistości w wieku emerytalnym. Składa się po prostu z 5-osobowej grupy dorosłych kolarzy po 30-tce.
Dlaczego za sobą nie przepadamy?

Otóż od zeszłego roku nieustannie rywalizujemy o pierwsze miejsca na noclegowniach, obiadach itp. Mający przewagę technologiczną dziadkowie co roku odgrażają się, że nas odstawią. My za to nigdy nie dajemy za wygraną.
Na ubiegłorocznej pielgrzymce dziadkowie przegrali z kretesem.
Dzisiaj pełni żądzy rewanżu ruszyli na samym czele 49 osobowej grupy pielgrzymów.

Kiedy zaczęły się góry magiczne możliwości ich rowerów dobiegły kresu.
Szybko zniknęli za naszymi plecami.
Używam cały czas liczby mnogiej, ale kogo mam na myśli?

Otóż w tym roku zebraliśmy się w 4-osobową grupę w składzie:
Ja, Darek czyli perła Podegrodzia oraz Przemek i Emre Sekuła.

Zaczęło się tragicznie.
Albo inaczej: zaczęło się źle a mogło skończyć tragicznie.

Dotarliśmy do zjazdu który miał nas doprowadzić do Łososiny za olbrzymim Justem.
Postanowiłem zawalczyć o rekord prędkości.
Wpatrzony tylko w licznik pedałowałem na maksa.
Kiedy doszedłem do 78 czyli aktualnego rekordu spojrzałem przed siebie.

Ogarnęło mnie przerażenie...
20m przede mną widniał zakręt o kącie ponad 120 stopni. Chwyciłem za oba hamulce.
Było już za późno, droga się skończyła. Życie uratowałem zeskakując w ostatniej chwili z roweru. Wpadłem do rowu w którym na szczęście nie było żadnego konara.
Napompowany adrenaliną od razu wstałem upewniając się, czy wszystkie części ciała funkcjonują. Koledzy jadący za mną w panice pytali czy żyję.
Przeżyłem wiele wypadków, nie wiem jak to wyglądało, jeśli wierzyć Kuźmie to tragicznie. Jak sam przyznał kiedy dojeżdżał do miejsca wypadku wyobrażał już sobie karetkę pogotowia i rozczarowane miny moich rodziców.

Pani Jasnogórska, Dziękuję i przepraszam za głupotę. Tyle mogę powiedzieć.

Po zdezynfekowaniu obrażeń rzuciłem okiem na rower. Wyglądał okropnie.
Kierownica przekręcona, koło całkowicie scentrowane, napęd nie działał.
Zrezygnowany uderzyłem w niego. Naprawił się!(napęd) Ruszyliśmy w dalszą trasę.

Na domiar złego okazało się, że sytuacja z Krk się powtórzyła.
Pomyliliśmy trasy i wyjechaliśmy w Tgb czyli po złej stronie Justu.
Wjechaliśmy na szczyt na pełnych obrotach ścigając naszych rywali.
Zastaliśmy ich odpoczywających na Cpn'ie w Łososinie.
Chcąc ich zgubić zrezygnowaliśmy z postoju.

Rozpoczęło się 5h umierania.
Z piekącymi ranami i zepsutym rowerem trzymałem się na kole za towarzyszami nadającymi tradycyjnie szalone tempo.
Na obiad zaplanowany na 12 dotarliśmy o 10:30. Po zjedzeniu i chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. I tutaj przyjemny obrazek. Naszym oczom ukazali się Dziadkowie.

"Obiad jest tam"- rzekli ucieszeni.
"Wiemy jesteśmy już po"- odpowiedzieliśmy zaczepnie
"Ale, ale to ....: NIEMOŻLIWE"- rzekł Lider dziadków z klubu Sokoła Tarnów.

Widząc jego smutną minę odczuliśmy olbrzymią satysfakcję.

Nie słuchając przechodniów odradzających nam jazdę skrótem przez las wpadliśmy w olbrzymie bagno. Zgubiłem telefon, który na szczęście szybko znalazł Przemek.
Darek zaliczył niegroźny upadek. Na asfalt wyjechaliśmy lżejsi o połowę.

Na 90km zauważyliśmy jakaś znajoma twarz po 30-tce jadącą na semi-kolarce.
Okazało się, że to jeden z pielgrzymowiczów.
Nie mogliśmy zrozumieć jakim cudem znalazł się przed nami.
Kiedy o to zapytaliśmy był święcie przekonany, że jedzie za dziadkami.
Zaraz wszystko zrozumieliśmy. Otóż Marek, bo tak miał na imię jechał razem z dziadkami, ale jak sam przyznał dyktowali takie tempo jakby kogoś gonili(chyba wiemy o kogo chodzi:) i nie był w stanie się za nimi utrzymać.
Okazało się, że nie zauważył potem na mapie miejsca postojowego na obiad.
W ten sposób znalazł się na samym czele.

Po 8km zgubiliśmy naszego nowego towarzysza.

Kiedy docieraliśmy już do miejsca noclegowego zaczęło niesamowicie grzmieć.
Rozpętała się straszna burza. Byliśmy świadkami tragedii ludzkiej.
Domy dookoła były pozalewane. Woda wyszła na drogę. Jechaliśmy przez istną rzekę.
Przez szosę próbowały się przebić samochody straży pożarnej. Straszny widok i to dosłownie po 2h opadów. Powodem była zatkana kanalizacja. Co za głupota...

Cali mokrzy i ubłoceni dojechaliśmy do miejsca noclegowego.
Poszliśmy do baru. Staliśmy już prawie 20min w kolejce z powodu lokalnych alkoholików, którzy kupowali piwo i to dosłownie hurtowo.
Nagle odgarnął ich wszystkich znany już nam towarzysz, Marek.

-"Proszę mi podać piwo, ZIMNE ! i hamburgera do tego bo chce mi się jeść "

Zdezorientowani pijacy nie wiedzieli co się dzieje. Marek zaraz się z nimi spoufalił. Po 5 min. z wypiekami na twarzy słuchaliśmy jak jeden z nich zwierzał mu się z problemów łóżkowych ze swoją żoną.

Kiedy wróciliśmy spotkaliśmy dziadków przekonanych, że dojechali pierwsi.
Nie omieszkałem wyprowadzić ich z błędu:)

Nocleg odbywał się w sali gimnastycznej położonej na terenie lokalnej plebani.
Zajęliśmy pokój w którym najwyraźniej spały jakieś cygany. Śmierdziało jak w...
Zawsze to lepsza alternatywa niż spania na podłodze z dziadkami.

Dookoła poukładane były butelki po alkoholu, a na parapecie siedział poradnik do Seksu i masturbacji. Ładna mi plebania :D Dzień 1 dobiegł końca.
Link do zdjęć: http://picasaweb.google.com/104531894211713558366/Czestochowa

Komentarze (2)

gdzie mój poradnik synek?!

twój stary 12:29 wtorek, 27 lipca 2010

And i was like
Baby, baby, baby oooh
like baby, baby, baby nooo,
like baby, baby, baby ooh
I thought you'd always be mine, mine
Babay, baby, baby ooooh
like baby, baby, baby nooo
like baby, baby, baby ohh
I thought you'd always be mine, mine

twoja stara 09:38 wtorek, 27 lipca 2010
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa godal

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]