Kryptonim: Nadganiamy. Twierdza Kraków zdobyta!
Sobota, 3 lipca 2010
· Komentarze(6)
Kategoria wyprawa 100-200km
Zapraszam na relację z najdłuższej wycieczki tego roku.
Moim łupem padł tym razem Kraków. Posłuchajcie:
Nadeszła Sobota. Idealny czas na rower. Zgodnie z planem mieliśmy jechać w Pieniny. Jednak mój ambitny towarzysz Darek zaproponował wyjazd na zakupy do Krk.
Nie zwykłem mu odmawiać :)
O godzinie 7:30 wyruszyliśmy w najbardziej popierniczoną podróż życia...
Kiedy zdobyliśmy szczyt na wysokości Trzetrzewiny wpadliśmy na idiotyczny pomysł. Otóż jakiś rok temu jechaliśmy tą samą trasą i wtedy miej więcej w tym miejscu znaleźliśmy dróżkę prowadzącą pod Just. Perspektywa ominięcia tej góry i jechanie dalej krajowymi była kusząca. Nie zastanawiając się dłużej skręciliśmy podejmując idiotyczną decyzję.
Ponieważ nie byliśmy pewni czy dobrze jedziemy zaczepiliśmy pierwszego lepszego przechodnia. Mężczyzna obrócił się. I tutaj widok niczym z horrorów.
Naszym oczom ukazał się mrożący krew w żyłach dziadek, pijany w trupa.
W swojej prawej ręce trzymał świeżo wyjętą wątrobę jakiegoś dużego zwierzęcia.
Z jego rękawów opadała krew. Jąkając się, zapytałem o drogę.
- "A ty nie jesteś złodziejem ?!"- zapytał przerażającym głosem.
Zanim zdążyłem mu wytłumaczyć, że nie, powtórzył swoje pytanie 3 krotnie za każdym razem zbliżając się co raz bardziej.
Wreszcie stanęliśmy twarzą w twarz. Byłem najgorszej myśli.
Nagle ku mojemu zaskoczeniu dziadek spokojnym głosem wytłumaczył mi, że musimy zjechać na dół i tam krótką drogą przez pole i las dojdziemy do Łososiny.
Brzdąkał jeszcze coś pod nosem. Mi to wystarczyło. Obróciłem się na pięcie i wskoczyłem na rower pędząc ile sił w nogach. Z oddali słychać było jeszcze krzyki
- Uwaga, złodziej, Uwaga!
Zjechaliśmy na sam dół i przepraliśmy się przez rzeczkę za którą spodziewaliśmy się ujrzeć drogę. Nic bardziej złudnego. Takiego gąszczu jeszcze nie widzieliście
Obróciliśmy się za siebie:
-O nie ! Nie będziemy wracać się pod taką górę i to jeszcze do tego dziadka!
Żałuję, że tego nie zrobiliśmy ! Co raz więcej kolców kaleczyło moje ciało.
Wreszcie busz się skończył. Drogę zatarasowała nam jednak tym razem polana.
Nie koszono jej chyba od wieków ! Widoczność zerowa. Wzięliśmy rowery na kark i powoli postępowaliśmy do przodu. Nagle wpadłem w dziurę. Poobijałem się cały.
Nie miałem szans jej zauważyć. Kiedy wstałem zauważyłem w końcu jakieś gospodarstwo. Wiedziałem, ze musi być przy nim jakaś droga.
Biegnąc co sił wyszliśmy z tej beznadziejnej polany. Chciałem spr która godzina.
Nagle jednak zorientowałem się, że nie mam przy sobie telefonu. Spanikowany wróciłem na polanę. Nie mogłem nawet odnaleźć trasy którą szliśmy. Wszystko zarośnięte. Nagle wpadłem w dziurę. Tę samą co ostatnio. Co za pech. Oczepałem się ze zboża i już miałem wracać do Darka kiedy nagle zauważyłem telefon u swoich stóp. Kamień z serca. Musiałem go zgubić jak się wywaliłem po raz 1.
Św Antoni dziękuję Ci !
Droga okazała się być tylko kamienista. Ale zawsze to coś. Musiała w końcu prowadzić do jakiejś asfaltowej. Błąd ! W tej czarnej dziurze ludzie jeżdżą tylko traktorami. Jadąc dróżką trafialiśmy od gospodarstwa do gospodarstwa.
Wreszcie jakaś babcie zlitowała się nad nami i wskazała nam właściwą drogę.
Oczywiście przez gąszcze, pola, lasy, sady. Postępując dalej płoszyliśmy biedne zające. Co za dziura !
Wreszcie po jakimś czasie dotarliśmy do asfaltu. Cywilizacjo witaj !
Sytuacja była nieciekawa. Straciliśmy jakieś 1,5 h, byliśmy wycięczeni i całkowicie zdemotywowani. Kraków co raz bardziej się od nas oddalał.
- A co tam słońce świeci- Jedziemy ! - Przerwał nasze rozważania Darek.
Rozpoczęła się akcja o kryptonimie: Nadganiamy. Żeby odrobić stracony czas musieliśmy dać z siebie wszystko. Poniżej 30km/h nie schodziliśmy. Na rozliczne górki wjeżdżaliśmy z pełną prędkością. W okolicach Łapanowa zajechaliśmy do pewnego gospodarstwa żeby upewnić się, czy dobrze jedziemy. Przywitała nas przemiła gospodyni z koszulką z napisem sex instructor :D
-Zbyszek !- zawołała. - Panowie pytają o drogę.
Z domu wyszedł tęgi gość po 40-tce w samych bokserkach. (Zastanawiam się czy w czymś im nie przerwaliśmy:D). Gospodarz powiedział, ze owszem jedziemy dobrze, ale jest nieco krótsza droga. Zaciekawieni poprosiliśmy aby ją nam pokazał.
-Pojedziecie panowie w lewo, prawo, potem pod górkę i przez..... LAS.
- O nie !- dziękujemy- krzyknęliśmy równocześnie.
Co jak co, ale pól i lasów mieliśmy tego dnia serdecznie dosyć.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. O godzinie 13 czasu polskiego minęliśmy gr. Krakowa.
Byliśmy zaskoczeni. Oznaczało to, że mimo olbrzymiej straty w zadupiowym zadupiu
dojechaliśmy w 4:30.
Nieźle.
Rozpoczęło się zwiedzanie. Zjedliśmy obiad w galerii Kazimierz i zrobiliśmy zakupy na drugim końcu miasta. Po samym Krk zrobiliśmy 50km.
O godzinie 16:30 ruszyliśmy w drogą powrotną. Ponieważ o 21 musiałem być w domu postanowiliśmy jechać co prędzej drogą krajową przez Brzesko.
Mięśnie były już jednak dojechane. Rozpoczęło się kolejne 5h umierania.
Było wiele kryzysów, nie powiem. Mimo to dawaliśmy z siebie wszystko, byle zdążyć
W pobliżu Jurkowa na drogę wyjechał traktor. Wprawdzie jechał tylko 21km/h, ale zawsze to darmowe kilkaset metrów. Dojechałem do niego i złapałem się za przyczepę. Po 700m kierowca obrócił się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się tylko porozumiewawczo. Po 1,5km facet zjechał z drogi i pożegnaliśmy się czule machając rękoma.
Po jakimś czasie dojechaliśmy do Łososiny pod nieszczęsny Just.
Zrobiliśmy postój przy biedronce. Cały spocony doczołgałem się do kasy kulejąc na prawą nogę. Pewna matka z dzieckiem na mój widok zawołała:
-Krysiu, dziecko moje. Uważaj !
Co za upodlenie. Nie przejmowałem się tym w cale. Zmęczony rozciągałem się na kafelkach. Ruszyliśmy dalej.
Cali wycieńczeni dotarliśmy na szczyt. Musieliśmy jednak pędzić dalej.
Poniżej 30 nie schodziłem. Prawa noga dygotała z zimna.
Wreszcie o godzinie 21:30 dojechaliśmy do Sącza. Całkowicie dojechany doczłapałem się pod drzwi do domu. Trasa dobiegła końca !
Dzięki za uwagę.
Moim łupem padł tym razem Kraków. Posłuchajcie:
Nadeszła Sobota. Idealny czas na rower. Zgodnie z planem mieliśmy jechać w Pieniny. Jednak mój ambitny towarzysz Darek zaproponował wyjazd na zakupy do Krk.
Nie zwykłem mu odmawiać :)
O godzinie 7:30 wyruszyliśmy w najbardziej popierniczoną podróż życia...
Kiedy zdobyliśmy szczyt na wysokości Trzetrzewiny wpadliśmy na idiotyczny pomysł. Otóż jakiś rok temu jechaliśmy tą samą trasą i wtedy miej więcej w tym miejscu znaleźliśmy dróżkę prowadzącą pod Just. Perspektywa ominięcia tej góry i jechanie dalej krajowymi była kusząca. Nie zastanawiając się dłużej skręciliśmy podejmując idiotyczną decyzję.
Ponieważ nie byliśmy pewni czy dobrze jedziemy zaczepiliśmy pierwszego lepszego przechodnia. Mężczyzna obrócił się. I tutaj widok niczym z horrorów.
Naszym oczom ukazał się mrożący krew w żyłach dziadek, pijany w trupa.
W swojej prawej ręce trzymał świeżo wyjętą wątrobę jakiegoś dużego zwierzęcia.
Z jego rękawów opadała krew. Jąkając się, zapytałem o drogę.
- "A ty nie jesteś złodziejem ?!"- zapytał przerażającym głosem.
Zanim zdążyłem mu wytłumaczyć, że nie, powtórzył swoje pytanie 3 krotnie za każdym razem zbliżając się co raz bardziej.
Wreszcie stanęliśmy twarzą w twarz. Byłem najgorszej myśli.
Nagle ku mojemu zaskoczeniu dziadek spokojnym głosem wytłumaczył mi, że musimy zjechać na dół i tam krótką drogą przez pole i las dojdziemy do Łososiny.
Brzdąkał jeszcze coś pod nosem. Mi to wystarczyło. Obróciłem się na pięcie i wskoczyłem na rower pędząc ile sił w nogach. Z oddali słychać było jeszcze krzyki
- Uwaga, złodziej, Uwaga!
Zjechaliśmy na sam dół i przepraliśmy się przez rzeczkę za którą spodziewaliśmy się ujrzeć drogę. Nic bardziej złudnego. Takiego gąszczu jeszcze nie widzieliście
Obróciliśmy się za siebie:
-O nie ! Nie będziemy wracać się pod taką górę i to jeszcze do tego dziadka!
Żałuję, że tego nie zrobiliśmy ! Co raz więcej kolców kaleczyło moje ciało.
Wreszcie busz się skończył. Drogę zatarasowała nam jednak tym razem polana.
Nie koszono jej chyba od wieków ! Widoczność zerowa. Wzięliśmy rowery na kark i powoli postępowaliśmy do przodu. Nagle wpadłem w dziurę. Poobijałem się cały.
Nie miałem szans jej zauważyć. Kiedy wstałem zauważyłem w końcu jakieś gospodarstwo. Wiedziałem, ze musi być przy nim jakaś droga.
Biegnąc co sił wyszliśmy z tej beznadziejnej polany. Chciałem spr która godzina.
Nagle jednak zorientowałem się, że nie mam przy sobie telefonu. Spanikowany wróciłem na polanę. Nie mogłem nawet odnaleźć trasy którą szliśmy. Wszystko zarośnięte. Nagle wpadłem w dziurę. Tę samą co ostatnio. Co za pech. Oczepałem się ze zboża i już miałem wracać do Darka kiedy nagle zauważyłem telefon u swoich stóp. Kamień z serca. Musiałem go zgubić jak się wywaliłem po raz 1.
Św Antoni dziękuję Ci !
Droga okazała się być tylko kamienista. Ale zawsze to coś. Musiała w końcu prowadzić do jakiejś asfaltowej. Błąd ! W tej czarnej dziurze ludzie jeżdżą tylko traktorami. Jadąc dróżką trafialiśmy od gospodarstwa do gospodarstwa.
Wreszcie jakaś babcie zlitowała się nad nami i wskazała nam właściwą drogę.
Oczywiście przez gąszcze, pola, lasy, sady. Postępując dalej płoszyliśmy biedne zające. Co za dziura !
Wreszcie po jakimś czasie dotarliśmy do asfaltu. Cywilizacjo witaj !
Sytuacja była nieciekawa. Straciliśmy jakieś 1,5 h, byliśmy wycięczeni i całkowicie zdemotywowani. Kraków co raz bardziej się od nas oddalał.
- A co tam słońce świeci- Jedziemy ! - Przerwał nasze rozważania Darek.
Rozpoczęła się akcja o kryptonimie: Nadganiamy. Żeby odrobić stracony czas musieliśmy dać z siebie wszystko. Poniżej 30km/h nie schodziliśmy. Na rozliczne górki wjeżdżaliśmy z pełną prędkością. W okolicach Łapanowa zajechaliśmy do pewnego gospodarstwa żeby upewnić się, czy dobrze jedziemy. Przywitała nas przemiła gospodyni z koszulką z napisem sex instructor :D
-Zbyszek !- zawołała. - Panowie pytają o drogę.
Z domu wyszedł tęgi gość po 40-tce w samych bokserkach. (Zastanawiam się czy w czymś im nie przerwaliśmy:D). Gospodarz powiedział, ze owszem jedziemy dobrze, ale jest nieco krótsza droga. Zaciekawieni poprosiliśmy aby ją nam pokazał.
-Pojedziecie panowie w lewo, prawo, potem pod górkę i przez..... LAS.
- O nie !- dziękujemy- krzyknęliśmy równocześnie.
Co jak co, ale pól i lasów mieliśmy tego dnia serdecznie dosyć.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. O godzinie 13 czasu polskiego minęliśmy gr. Krakowa.
Byliśmy zaskoczeni. Oznaczało to, że mimo olbrzymiej straty w zadupiowym zadupiu
dojechaliśmy w 4:30.
Nieźle.
Rozpoczęło się zwiedzanie. Zjedliśmy obiad w galerii Kazimierz i zrobiliśmy zakupy na drugim końcu miasta. Po samym Krk zrobiliśmy 50km.
O godzinie 16:30 ruszyliśmy w drogą powrotną. Ponieważ o 21 musiałem być w domu postanowiliśmy jechać co prędzej drogą krajową przez Brzesko.
Mięśnie były już jednak dojechane. Rozpoczęło się kolejne 5h umierania.
Było wiele kryzysów, nie powiem. Mimo to dawaliśmy z siebie wszystko, byle zdążyć
W pobliżu Jurkowa na drogę wyjechał traktor. Wprawdzie jechał tylko 21km/h, ale zawsze to darmowe kilkaset metrów. Dojechałem do niego i złapałem się za przyczepę. Po 700m kierowca obrócił się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się tylko porozumiewawczo. Po 1,5km facet zjechał z drogi i pożegnaliśmy się czule machając rękoma.
Po jakimś czasie dojechaliśmy do Łososiny pod nieszczęsny Just.
Zrobiliśmy postój przy biedronce. Cały spocony doczołgałem się do kasy kulejąc na prawą nogę. Pewna matka z dzieckiem na mój widok zawołała:
-Krysiu, dziecko moje. Uważaj !
Co za upodlenie. Nie przejmowałem się tym w cale. Zmęczony rozciągałem się na kafelkach. Ruszyliśmy dalej.
Cali wycieńczeni dotarliśmy na szczyt. Musieliśmy jednak pędzić dalej.
Poniżej 30 nie schodziłem. Prawa noga dygotała z zimna.
Wreszcie o godzinie 21:30 dojechaliśmy do Sącza. Całkowicie dojechany doczłapałem się pod drzwi do domu. Trasa dobiegła końca !
Dzięki za uwagę.

