Kryptonim: Nadganiamy. Twierdza Kraków zdobyta!

Sobota, 3 lipca 2010 · Komentarze(6)
Zapraszam na relację z najdłuższej wycieczki tego roku.
Moim łupem padł tym razem Kraków. Posłuchajcie:

Nadeszła Sobota. Idealny czas na rower. Zgodnie z planem mieliśmy jechać w Pieniny. Jednak mój ambitny towarzysz Darek zaproponował wyjazd na zakupy do Krk.
Nie zwykłem mu odmawiać :)
O godzinie 7:30 wyruszyliśmy w najbardziej popierniczoną podróż życia...

Kiedy zdobyliśmy szczyt na wysokości Trzetrzewiny wpadliśmy na idiotyczny pomysł. Otóż jakiś rok temu jechaliśmy tą samą trasą i wtedy miej więcej w tym miejscu znaleźliśmy dróżkę prowadzącą pod Just. Perspektywa ominięcia tej góry i jechanie dalej krajowymi była kusząca. Nie zastanawiając się dłużej skręciliśmy podejmując idiotyczną decyzję.

Ponieważ nie byliśmy pewni czy dobrze jedziemy zaczepiliśmy pierwszego lepszego przechodnia. Mężczyzna obrócił się. I tutaj widok niczym z horrorów.

Naszym oczom ukazał się mrożący krew w żyłach dziadek, pijany w trupa.
W swojej prawej ręce trzymał świeżo wyjętą wątrobę jakiegoś dużego zwierzęcia.
Z jego rękawów opadała krew. Jąkając się, zapytałem o drogę.

- "A ty nie jesteś złodziejem ?!"- zapytał przerażającym głosem.

Zanim zdążyłem mu wytłumaczyć, że nie, powtórzył swoje pytanie 3 krotnie za każdym razem zbliżając się co raz bardziej.
Wreszcie stanęliśmy twarzą w twarz. Byłem najgorszej myśli.
Nagle ku mojemu zaskoczeniu dziadek spokojnym głosem wytłumaczył mi, że musimy zjechać na dół i tam krótką drogą przez pole i las dojdziemy do Łososiny.

Brzdąkał jeszcze coś pod nosem. Mi to wystarczyło. Obróciłem się na pięcie i wskoczyłem na rower pędząc ile sił w nogach. Z oddali słychać było jeszcze krzyki

- Uwaga, złodziej, Uwaga!

Zjechaliśmy na sam dół i przepraliśmy się przez rzeczkę za którą spodziewaliśmy się ujrzeć drogę. Nic bardziej złudnego. Takiego gąszczu jeszcze nie widzieliście
Obróciliśmy się za siebie:

-O nie ! Nie będziemy wracać się pod taką górę i to jeszcze do tego dziadka!

Żałuję, że tego nie zrobiliśmy ! Co raz więcej kolców kaleczyło moje ciało.
Wreszcie busz się skończył. Drogę zatarasowała nam jednak tym razem polana.
Nie koszono jej chyba od wieków ! Widoczność zerowa. Wzięliśmy rowery na kark i powoli postępowaliśmy do przodu. Nagle wpadłem w dziurę. Poobijałem się cały.
Nie miałem szans jej zauważyć. Kiedy wstałem zauważyłem w końcu jakieś gospodarstwo. Wiedziałem, ze musi być przy nim jakaś droga.
Biegnąc co sił wyszliśmy z tej beznadziejnej polany. Chciałem spr która godzina.
Nagle jednak zorientowałem się, że nie mam przy sobie telefonu. Spanikowany wróciłem na polanę. Nie mogłem nawet odnaleźć trasy którą szliśmy. Wszystko zarośnięte. Nagle wpadłem w dziurę. Tę samą co ostatnio. Co za pech. Oczepałem się ze zboża i już miałem wracać do Darka kiedy nagle zauważyłem telefon u swoich stóp. Kamień z serca. Musiałem go zgubić jak się wywaliłem po raz 1.
Św Antoni dziękuję Ci !

Droga okazała się być tylko kamienista. Ale zawsze to coś. Musiała w końcu prowadzić do jakiejś asfaltowej. Błąd ! W tej czarnej dziurze ludzie jeżdżą tylko traktorami. Jadąc dróżką trafialiśmy od gospodarstwa do gospodarstwa.
Wreszcie jakaś babcie zlitowała się nad nami i wskazała nam właściwą drogę.
Oczywiście przez gąszcze, pola, lasy, sady. Postępując dalej płoszyliśmy biedne zające. Co za dziura !
Wreszcie po jakimś czasie dotarliśmy do asfaltu. Cywilizacjo witaj !

Sytuacja była nieciekawa. Straciliśmy jakieś 1,5 h, byliśmy wycięczeni i całkowicie zdemotywowani. Kraków co raz bardziej się od nas oddalał.

- A co tam słońce świeci- Jedziemy ! - Przerwał nasze rozważania Darek.

Rozpoczęła się akcja o kryptonimie: Nadganiamy. Żeby odrobić stracony czas musieliśmy dać z siebie wszystko. Poniżej 30km/h nie schodziliśmy. Na rozliczne górki wjeżdżaliśmy z pełną prędkością. W okolicach Łapanowa zajechaliśmy do pewnego gospodarstwa żeby upewnić się, czy dobrze jedziemy. Przywitała nas przemiła gospodyni z koszulką z napisem sex instructor :D

-Zbyszek !- zawołała. - Panowie pytają o drogę.

Z domu wyszedł tęgi gość po 40-tce w samych bokserkach. (Zastanawiam się czy w czymś im nie przerwaliśmy:D). Gospodarz powiedział, ze owszem jedziemy dobrze, ale jest nieco krótsza droga. Zaciekawieni poprosiliśmy aby ją nam pokazał.

-Pojedziecie panowie w lewo, prawo, potem pod górkę i przez..... LAS.
- O nie !- dziękujemy- krzyknęliśmy równocześnie.

Co jak co, ale pól i lasów mieliśmy tego dnia serdecznie dosyć.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. O godzinie 13 czasu polskiego minęliśmy gr. Krakowa.
Byliśmy zaskoczeni. Oznaczało to, że mimo olbrzymiej straty w zadupiowym zadupiu
dojechaliśmy w 4:30.
Nieźle.
Rozpoczęło się zwiedzanie. Zjedliśmy obiad w galerii Kazimierz i zrobiliśmy zakupy na drugim końcu miasta. Po samym Krk zrobiliśmy 50km.

O godzinie 16:30 ruszyliśmy w drogą powrotną. Ponieważ o 21 musiałem być w domu postanowiliśmy jechać co prędzej drogą krajową przez Brzesko.
Mięśnie były już jednak dojechane. Rozpoczęło się kolejne 5h umierania.

Było wiele kryzysów, nie powiem. Mimo to dawaliśmy z siebie wszystko, byle zdążyć
W pobliżu Jurkowa na drogę wyjechał traktor. Wprawdzie jechał tylko 21km/h, ale zawsze to darmowe kilkaset metrów. Dojechałem do niego i złapałem się za przyczepę. Po 700m kierowca obrócił się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się tylko porozumiewawczo. Po 1,5km facet zjechał z drogi i pożegnaliśmy się czule machając rękoma.

Po jakimś czasie dojechaliśmy do Łososiny pod nieszczęsny Just.
Zrobiliśmy postój przy biedronce. Cały spocony doczołgałem się do kasy kulejąc na prawą nogę. Pewna matka z dzieckiem na mój widok zawołała:

-Krysiu, dziecko moje. Uważaj !

Co za upodlenie. Nie przejmowałem się tym w cale. Zmęczony rozciągałem się na kafelkach. Ruszyliśmy dalej.
Cali wycieńczeni dotarliśmy na szczyt. Musieliśmy jednak pędzić dalej.
Poniżej 30 nie schodziłem. Prawa noga dygotała z zimna.

Wreszcie o godzinie 21:30 dojechaliśmy do Sącza. Całkowicie dojechany doczłapałem się pod drzwi do domu. Trasa dobiegła końca !

Dzięki za uwagę.

Papieskie Dni Młodych with SDM festival.

Czwartek, 1 lipca 2010 · Komentarze(3)
Korzystając z zaproszenia Miśki udaliśmy się tego dnia do Starego Sącza na PDM'y.
Wraz z Przemkiem i Kornasiem dotarliśmy bez większych przygód na miejsce.

Kiedy leży się na trawie, a słońce bije po twarzy, zaczynają pojawiać się szalone myśli. Mnie Przemkowi oraz Wiktorowi, który do nas dołączył udzieliło się to szczególnie:D

Postanowiliśmy zabłysnąć na tle towarzystwa harcerzy pasjonujących się tarzaniem w błocie i udać się do centrum St. S. na bosaka.(1,5km)

Rozpoczęła się walka z bólem, który potęgowały niewielkie kamyczki.
Oddaliliśmy go choć na chwilę wchodząc na tory na gdzie próbowałem utrzymać równowagę.
Kiedy doszliśmy do rynku usłyszeliśmy delikatny dźwięk gitary i śpiewającego wokalistę. Postanowiliśmy więc zamówić sobie pizze i dołączyć się do koncertu.
Nagle ktoś z nas zakrzyknął:

- Pisz do dziewczyn! W st. Sączu jest koncert SDM'u !

Dziewczyny oczywiście kiedy tylko dowiedziały się kto gra udały się w naszą stronę, a my siedzieliśmy sobie wniebowzięci przegryzając pizze oraz wsłuchując się w dźwięk muzyki. Nagle ktoś powiedział:

- Ty, a tak właściwie to kto powiedział, że to SDM ?
- A nie wiem?
- A to w ogóle jest ten zespół ?
- No pewnie!
- Na pewno?
- A nie wiem :D

Tożsamości rozmówców żeby nikogo nie wkopywać nie zdradzę, ale po 5 min rozwścieczona Kornaś z Miśką rozwiały nasze wątpliwości opieprzając nas, że je oszukaliśmy.

Nagle zadzwonił telefon do Kornaś. Zagadałem się trochę z koleżanką.
Nim się obejrzałem nikogo z naszej paczki już nie było.
Okazało się, że Kamila ma przypał od rodziców o to, że jej nie ma w domu. Wskoczyłem na rower i dopędziłem lecących niczym wiatr towarzyszy.
Na nic zdały się tłumaczenia o zepsutym rowerze. Biedna K. dostała szlaban.

I kto mi teraz ulepi pierogi ? :(

Pozdrawiam wszystkich harcerzy !

Żeleźnikowej urok wspaniały.

Niedziela, 27 czerwca 2010 · Komentarze(4)
Na tę pamiętną niedzielę dostaliśmy wszyscy zaproszenie od rodowitego żeleźnikowianina- Jureckiego.

Wdrapując się na niemałą górkę ujrzeliśmy wspaniały krajobraz Sądecczyzny. Nie widząc większego ruchu na drodze uznałem, że ten zjazd to idealne miejsce na pobicie rekordu

Osiągnąłem WR: 78,8 km/h. Duma mnie rozpiera :D

Bez większych przygód dotarliśmy do Żeleźnikowej.
Jura zabrał nas na kolejną górkę(wokół jest ich w piździec:D)gdzie rozpaliliśmy ognisko. Po godzinie rozpadał się straszny deszcz. Postanowiliśmy go przeczekać.
2h minęły, a nasz kolega burza nie dawał za wygraną. Nie łudząc się dłużej, że kiedykolwiek skapituluje wróciliśmy cali mokrzy do domu.(Jureckiego!:D)

Nasz miły gospodarz zaopatrzył nas w suche rzeczy i ciepłą herbatę.
Zrobiliśmy nawet fotę na najsłynniejszym balkonie świata ! :D

Ale OK trzeba wrócić do rzeczywistości. Jest godzina 23:00. Ciemno jak w dupie, wszędzie mgła, pada deszcz, ślisko i niesamowicie niebezpiecznie na drodze.
Jak to powiedział Maris złapała nas lekka sraka.

Nie czekając dłużej ruszyliśmy w drogę ze skąpym oświetleniem. Wcześniej nagraliśmy pożegnalny filmik dla rodziców na wypadek gdybyśmy już nigdy nie wrócili.:D

Powiedzcie mi dlaczego w XXI w. nie ma na wszystkich drogach latarni?
Auta jechały nieustannie. Otaczający nas las stworzył mroczną arenę walki o uniknięcie zderzenia. Zwartą grupą przemierzaliśmy następne kilometry.

Nagle usłyszeliśmy cichy dech zwierzęcia. Z czasem stawał się co raz bliższy i głośniejszy. Jadącego z tyłu Marisa ogarnęła sraka.
Połączenie ciemni lasu i gęstej mgły uniemożliwiało zobaczenie zagrożenia.
Nagle na 2m przed ostatnim z nas wątpliwości zostały rozwiązane.

Był to olbrzymi...: No tak mój wierny czytelniku, ale ty już wiesz o kogo chodzi:
Stary wierny towarzysz, który ma na polskich wsiach cholernie wielu braci ponownie wyszedł na spotkanie.

Jechałem z samego przodu. Usłyszałem tylko krzyk i wyprzedzających mnie niczym błyskawica towarzyszy. Instynktownie depnąłem w pedały.
Obróciłem się na sekundę. Widziałem go. Rosły pies nieznanej mi rasy. Niknął w tumanach mgły. Udało nam się uciec.

Większych przygód tej nocy już nie mieliśmy. Szczęśliwie dojechaliśmy do oświetlonej strefy NS, a stamtąd spokojnie do domów.

Dzień w wersji hard.

Środa, 23 czerwca 2010 · Komentarze(2)
Kategoria szlif/miasto
Miewacie takie dni kiedy nie możecie znaleźć dla siebie nawet 5 min?

Wczoraj przez to przechodziłem.

Po szybkim śniadaniu ruszyłem do szkoły skąd udaliśmy się na siłownię.
Tutaj wart wspomnienia jest patent Kornasia na ćwiczenie dupy
(uaaaa "ale boli":D)

Szybki telefon od taty; "Masz nam pomóc"

W ten sposób następną siłownie spędziłem na świeżym powietrzu.
Tym razem na działce rodziców. Przekopałem chyba całe pole.

Szybki telefon od Matysa: "Gramy w siatkę"

I tak następne 2h spędziłem na graniu w najpiękniejszą grę jaką człowiek wymyślił.

Szybki sms od Sowy; "19:30 pod fontanną"

Tak więc, szybki prysznic i sruu na rower.

Po naprawieniu naprawionych przerzutek Polci(:D) postanowiliśmy skompletować paczkę o Kuźmę mającego właśnie biegać z naszą supermenką.
Oczywiście nie biegał:) Wspólnie objeździliśmy pół miasta.
Znalazł się też czas na odpoczynek. Idealny czas na wyznania.
Do historii przejdzie jedno z nich dt. obolałej dupy Superbohaterki uwiecznione na moim telefonie:D

Ale wracając:

Szybki telefon od taty: "Wracaj już do domu"
Nie zdązyłem jeszcze wrócić jak:

Szybki telefon od siostry: "Podjedź pod mój blok"

Na miejscu złożyliśmy wspólnie życzenia najdzielniejszemu mężczyźnie na świecie:
mojemu tacie. Naprawdę podziwiam go, że ze mną wytrzymuje. Trzeba być wytrwałym:)

Więcej szybkich telefonów tego dnia już nie miałem.
Wykończony zakończyłem dzień w wersji hard.

Night story.

Środa, 16 czerwca 2010 · Komentarze(5)
Kategoria szlif/miasto
Korzystając z nowej przedniej lampki ruszyliśmy w nocną podróż. Oczywiście pojawili się nasi starzy znajomi z Miami przeczepiając się do braku oświetlenia

"odblaskowe mam!"-wtórował im Wiktor. Nie miej jednak wyszliśmy jak zawsze cało.

Nie mogąc się zdecydować do kogo jedziemy zdecydowaliśmy pobawić się w małą zabawę.Otóż:
dojeżdżając do najbliższego skrzyżowania pierwszy z nas mówi gdzie skręcamy, kiedy docieramy do następnego decyduje następna osoba.
A więc alleluja i do przodu! "zobaczymy gdzie dojedziemy".

I tak zwiedziliśmy połowę Ns. Byliśmy blisko Kornaś, Kaśki, Miśki, ale za każdym razem jeden z nas krzyżował drugiemu plany wybierając skręt w przeciwną stronę. Każdy chciał do kogo innego Nie ma jak kompromis :D

I wędrowaliśmy tak sobie po totalnych peryferiach gdzie psy dupą szczekają. Jeden z nich wyszedł nam na spotkanie. W dodatku nie mały.


Stanęliśmy jak wryci-zaczęło się oczekiwanie na ruch przeciwnika.
Okolica zamarła w głębokiej ciszy.
Rosły owczarek niemiecki zmierzył nas swoim spojrzeniem.

Oczekiwanie...

Cisza...

Oczekiwanie...

Cisza...

Oczekiwanie...

Cisza...

HUK ! SZCZEK ! HUK ! SZCZEK ! HUK! SZCZEK!

Bardziej oczywistego sygnału do ucieczki mogliśmy już nigdy nie usłyszeć.
Pies zerwał się niczym błyskawica. Rozpoczęła się rozpaczliwa ucieczka po okolicach których nie znaliśmy. I nagle ten niefortunny skręt w lewo.
Przejechaliśmy dobre 50m jak przed naszymi oczyma ukazał się zakład mięsny

Ślepa uliczka !

Pies zatrzymał się w miejscu skrętu 50 m przed nami tryumfując. Wprawdzie wjechaliśmy szczęśliwie na teren zakładu i nie mógł się do nas dobrać, ale jedyna droga powrotu prowadziła przez miejsce jego postoju
Owczarek o tym doskonale wiedział. Tak on to wiedział !
Stał cierpliwie na skrzyżowaniu.

Zrozumieliśmy naszą beznadziejną sytuację. Godzina 22:40.
Może jutro z rana sobie pójdzie?
A może nam nic nie zrobi?
A może pojedziemy prosto na niego i jeden z nas skręci w lewo drugi w prawo biorąc na siebie jego pościg?
A może zadzwonimy po rodziców?

NIE ! Wszystkie te pomysły były beznadziejne !

Nagle ku naszemu zdziwieniu z zakładu wyjechał samochód.
To jest nasza jedyna szansa. Musimy puścić się za autem. Jedziemy za nim!

Za ojczyznę !

Możecie sobie wyobrazić nasze zdziwienie kiedy pies widząc taką obstawę nagle gdzieś zniknął. Zapadł się pod ziemie ! Nie zastanawialiśmy sie dłużej.
6 bieg i ile sił w nogach. Uciekliśmy! Od czasu do czasu spoglądąłem jeszcze za siebie czy nie ma za nami naszego przyjaciela. On już nie wrócił.

Zdecydowaliśmy, że kończymy naszą zabawę. Tuż przed nami zarysował się krzyż na Paściej górze. Postanowiliśmy tam wjechać i wrócić z powrotem.Tak też zrobiliśmy.

Na górze przepiękny widok na oświetlony NS ! Telefon od taty: "Gdzie jesteś?"
"a tutaj pod domem zaraz przyjdę" Oczywiście pod domem nie stałem.
Pożegnałem się z Maćkiem i sruuu do domu.

Co za noc ! Gdzie dojedziemy następnym razem. Czy w ogóle dojedziemy ?

Zapraszam. :)

stały bywalec.

Niedziela, 13 czerwca 2010 · Komentarze(3)
Kategoria szlif/miasto
Do kościoła na 12:00. W środku niemałe zaskoczenie:
Brongiel grzecznie siedzący w ostatniej ławce :D

Zjawiskowe odkrycie.

Rekordowo

Sobota, 12 czerwca 2010 · Komentarze(3)
Co za upał !

Nie zrażając się dosłownie palącymi promieniami słonecznymi zabrałem się do pracy przy boisku do siatki. Zrobiliśmy z Michałem kawał porządnej roboty. Normalnie standardy europejskie ! ; D. Oczywiście jestem cały spalony.

Odwożąc Michała napotkałem szczęśliwie dwóch lowelasów z WP;Kuźmę i Karola ;)
Pożuliliśmy się trochę na przystanku autobusowym mile gawędząc. Jak zawsze w naszych głowach zaczęły się pojawiać zwariowane pomysły. Po zrealizowaniu kilku z nich, o których nie chce nawet tutaj wspominać postanowiliśmy zorganizować małe zawody, kto wyciągnie więcej na prostej(oczywiście jadąc pod prąd:D)
Tak więc licznik na kierownice i sruuu.
Zwycięzca 1 serii Przemysław Kuźma swoim wynikiem 49,7 km/h zmobilizował mnie do wzięcia odwetu. Z powodzeniem:
Prędkością 55,6 km/h po zaciekłej drugiej odsłonie pokonałem resztę stawki.

Mówię o tym jak o zawodach międzynarodowych.
Wybaczcie i nie miejcie mi tego za złe :D

Na uwagę zasługuje próba Pana Karola Sekuły. Nasz niedoszły rekordzista chcąc osiągnąć jak najlepszy rezultat nie zauważył jadącego na czołówkę samochodu.
Życie zawdzięcza swojemu refleksowi i moim genialnym hamulcom. Oczywiście delikatnie przekoziołkował przez kierownice kalecząc ręce. Lepsze to niż spotkanie z maską samochodu, którego kierowca odjechał grożąc mu dłonią i kilkoma bynajmniej nieciepłymi słowami.

Wracając do domu delektowałem się lekkim, nocnym wiaterkiem- balsamem na moje spalone plecy.

Ahhh te ciepłe, czerwcowe noce. Dzisiejsza była idealna- zupełnie jak w Licheniu.

Rozkosz.

jazda, jazda, jazda

Piątek, 11 czerwca 2010 · Komentarze(3)
Dzień istnie rowerowy i kolorowy : > Takim mały rymem zaczynam relacje z dzisiejszej przejażdżki. ;x

Nie muszę już chyba mówić, że do szkoły późno wstałem, a ratunkiem ponownie okazał się rower i paczka chusteczek.( New record: 8:07 !). Po szkole odwożąc Kaśkę zaliczyłem Chełmecką Mała Wieś(zwłaszcza, że miałem po drodze:D) Jak się później okazało o kawałku tortu i serku biszkoptowym jej mamy miałem spędzić prawie całą resztę dnia. Dzięęęki ; )

Myślałem, że wrócę spokojnym tempem do domu- Nic bardziej złudnego!
Telefon od mamy: "Masz iść na mszę !" więc znowu zabójcza jazda pod Biały Klasztor.
Zaraz po mszy byłem umówiony z Januszem na siłownie, ale oczywiście msza się przedłuuuuużyła i musiałem znowu zapitalać ile sił w nogach na WSB.

"Wojtuś wreszcie sobie odpoczniesz"-rzekłem sobie.
ale NIE!: telefon od Wiktora: "zaraz będę pod Twoim domem dasz radę?"

Oczywiście dałem - kosztem następnych kropli potu ; >

Szybko się ściemniło. Postanowiliśmy zaliczyć sobie małego szlifa nocą. Ale gdzie;
No właśnie i tu padła spontaniczna propozycja Wiktora: "Na Jamnicę do koleżanki z klasy" Troszkę km, ale ruszyliśmy w drogę. Kiedy trafiliśmy na lokalną prowadzącą już do Jamnicy nieco się rozluźniliśmy, Wiktor spuścił ręce z kierownicy. Nagle ku naszemu zdziwieniu drogę zajechali nam policjanci z Miami :D
Mieliśmy dużo szczęścia- funkcjonariusze byli w dobrym humorze. Skończyło się na małym opieprzu gdzie są nasze lampki rowerowe.

Na miejscu okazało się oczywiście, że Maciek nie wie gdzie ona mieszka, a na tym zadupiu nie ma zasięgu ! Na szczęście o 23:00 po ulicach szwendają się jeszcze miłe sąsiadki. Trafiliśmy po ciemku. Dziewczyna była lekko zdziwiona nie powiem Trochę pogadaliśmy i zawróciliśmy do domów.
Zdecydowałem się, ze wrócę nieco krótszą, a niebezpieczną drogą wzdłuż Kamienicy. Grrrr już tam nie pojadę o tej porze: Ciemno jak w dupie. Na szczęście bez przygód wróciłem do domu.

Dzień istnie rowerowy. Idę spać ! AAAA i mam dst z matmy ! :)
Zaplanowaliśmy już kilka nowych szlifów. Dziewczyny nie śpijcie ! ;)

Gorący wyścig z czasem.

Środa, 9 czerwca 2010 · Komentarze(1)
Kategoria dom-szkoła-dom
Znowu późno wstałem ! Nie licząc na jeżdżące wolniej ode mnie autobusy wsiadłem na rowerek. Nie mogąc sobie pozwolić na spóźnienie do szkoły wrzuciłem 6 bieg i ustanowiłem nowy rekord trasy wynoszący teraz 8:57. Ehhh gdyby nie te czerwone światło byłoby lepiej. Poniżej 30-stki nie schodziłem. Niestety pogoda była upalna. Cały spocony wbiegłem do klasy równo z dzwonkiem.

Wszystko mokre, paczka chusteczek zużyta :D

W drodze powrotnej jechałem już spokojnie nie chcąc ryzykować kolizji na ruchomych ulicach. Choć jak wiadomo nie mogłem się powstrzymać od wyprzedzeniu kilku leszczy. : >

Dzień naprawdę udany. Ehhh gdyby nie ten dop z matmy :(

Lans na mieście

Środa, 2 czerwca 2010 · Komentarze(1)
Kategoria szlif/miasto
Korzystając z w miarę przystępnej pogody zdecydowałem się na małą wycieczkę na miasto. W rynku spotkałem grono starych znajomych z którymi wspólnie poszlifowałem kilka kilometrów. Słoneczko wyjdź :)